Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, w poprzek
przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki
motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął
białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach napełnionych zbożem,
to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwsze
izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu.
A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się
zapach słoniny, jak od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok.
- Gdzie Witek pasł krowy? - zapytał, krając potężny glon chleba z bochna jak przetak
wielkiego.
- Na dworskich zagajach i borowy go stamtąd wygonił.
- Ścierwy, zmarnowali mi bydlę.
- Przecięch, tylo krowa, to się złachała w tym gonieniu, że się w niej cosik zapaliło.
- Dziadaki, psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół a one cięgiem wyganiają i
pedają, co ich.
- Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił...
- Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic.
- Pewnie, pewnie - przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali.
- Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją
obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić -
będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny...
Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w
sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że jak stał, rzucił się na łóżko by się z pacierz
przedrzymać.
Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie, i coraz to wychylała się przez okno
spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie
i z wolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się
na staw - bo zachód już był i na wodzie czyniły się złotopurpurowe tęcze i płomienne koliska,
przez które niby białe chmurki przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury
krwawych pereł.
Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze z obu stron stawu, ciągle podnosiły
się kurzawy i turkoty wozów, i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana,
piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich
gębul.
Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy,
monotonny łopot cepów w jakiejś stodole.
- Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę-prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie
było u niego skląć abo i zbić z leda powodu.
Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła
udziabywać trzaski z pni - i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na
staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białymi ścianami i szybami okien, bo zachód bił
w niego. Pęki czerwonych georginii wychylały się zza kamiennego płotu i paliły jaskrawo na
tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać, ale twarzy
rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni, to pod drzewami.
- Śpią se kiej dziedzic, a ty, parobku, rób - mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało
się aż na ganku.