Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie.
- Juścik, ojcowa krowa ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł
ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza.
- Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko.
- Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził.
- Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki-szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły
na roścież.
- Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek.
I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków.
Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego
złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i
szmerem sennym.
Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały,
jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do
płotów szarych.
Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi
trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały
żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek
przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały
przy dojeniu.
Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho,
trwożnie:
- Józia, a gospodarz źli?...
- O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku
światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much.
- Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom
uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał.
Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem.
- Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam...bo nijakiej wytrzymałości na bicie
nie mam...
- Głupiś, parobek tyli, a boja się... już ja przełożę tatusiowi.. .
- Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo...
- Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj!
- Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. -
Obacz ino, jak się sam rucha.
Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować...
- Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła
przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła.
- Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co?
- A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie -
o... - odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję podnosił nogi i
szedł.
Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami tylko Józia czasami podnosiła oczy na
chłopaka - podziw w nich był a zdumienie.
- Józia! - rozległ się głos Boryny sprzed chałupy.
- A czegój? - odkrzyknęła.