- Kto by ta porachował?... Aż się przelewało w chałupie.
- Przyjmowali suto?
- Kiej we dworze jakim. Mięso całymi michami roznosili, a co gorzałki wychlali, a co
piwa, co miodu ! Samych kiełbas były trzy niecki czubate.
- Przenosiny kiedy?
- A dzisiaj na odwieczerzy.
- Użyją se jeszcze, nacieszą się... Mój Jezu, myślałech, że jaką kosteczkę ogryzę i podjem
se choć raz do sytu, a tu leż, zdychaj i nasłuchuj, jak się drugie zabawiają.
Witek poszedł spać.
- Żeby choć te oczy napaść.. żeby...
Zamilkł znużony, żuł w sobie żałość, a jakieś ciche, nieśmiałe skargi jako te ptaszki
ustałe, tłukły mu się po piersiach i boleśnie piukały.
- Niech im ta pójdzie na zdrowie, niech choć oni żyją... - myślał pogładzając psi łeb.
Gorączka mroczyła go coraz bardziej, więc jakby na odegnanie zaczął szeptać pacierz i
Panujezusowemu miłosierdziu oddawał się gorąco na wolę i niewolę, ale zapominał słów, sen
nań spadał raz po raz, a ciąg szeptów, nabrzmiałych prośbą i łzami, rwał się i rozsypywał niby
czerwone paciorki, że chciał je zgarniać, tak widno toczyły się po kożuchu; zapominał jednak
o wszystkim, zasypiał...
Budził się czasami, wodził pustym wzrokiem i nic nie rozeznawszy zapadał znowu, leciał
w martwą, trupią ćmę.
To znowu jęczał i tak krzyczał przez sen, aż konie z chrapaniem rwały się na łańcuchach,
trzeźwiał nieco i unosił głowy.
- Jezus, żeby choć dnia doczekać! - jęczał trwożnie i wybiegał oczyma przez okienko, we
świat, za dniem; słońca szukał po niebie szarym, ostygłym i poprzebijanym blednącymi
gwiazdami...
Ale dzień był jeszcze daleko.
Stajnia tonęła w mętnej kurzawie brzasków, że już kontury koni jęły się wycinać, a drabiny
pod okienkami, niby żebra, prześwitywały pod światło...
Już nie zasypiał, bo bóle nań przyszły nowe, wślizgiwały się w nogę niby sękate kije i tak
rozpierały, tak wierciły, tak piekły, jakby kto żywym ogniem rany przysypywał, że zerwał się
nagle i zaczął ze wszystkich sił krzyczeć, aż Witek się obudził i przybiegł.
- Zamrę już! Zamrę! Tak mnie boli, tak we mnie choroba rośnie i dusi... Witek, bieżyj po
Jambroża... o Jezus, albo Jagustynki zawołaj... może co poredzą, bo już nie wydzierżę... już ta
ostatnia godzina na mnie idzie... ten czas ostatni... - buchnął strasznym płaczem, zarył twarz
w słomę i łkał żałością a strachem.
A Witek mimo rozespania pobiegł na wesele.
Tańcowali jeszcze w najlepsze, ale Jambroży był spity już swoim zwyczajem, stał na
drodze na wprost domu, potaczał się od stawu do płotów i wyśpiewywał.
Darmo go Witek prosił i za rękaw ciągał, dziad jakby nie słyszał i nie wiedział, co się z
nim dzieje, potaczał się ino a śpiewał zapamiętale ciągle tę samą śpiewkę.
Pobiegł do Jagustynki, że to i ona znająca była na chorobach, ale stara z kumami siedziała
w komorze i tak se przepijały krupnikiem, tak se dogadzały piwem, a tak wraz gadały i
jazgotały śpiewaniem, że ani jej było co czym mówić. Raz i drugi skamlał, by szła do Kuby,
to go w końcu wyciepnęła za drzwi i coś niecoś pięścią przyłożyła na drogę; z płaczem poleciał
do stajni, tyle ano wskórawszy.
A że Kuba był zasnął znowu na tę chwilę, więc zakopał się w słomę, przyokrył łachami
na głowę i spał.