- Chodzi ino.
- Kiej dojem krowy.
- Pilnuj tu, bo idę do wójta -powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - nie ma tutaj
tego znajdka co?
- Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... -
odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu.
- Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał powracając
do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi
tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł
drogą nad stawem ku młynowi.
- Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nie skończony... kapusta w polu... ściółka
nie wygrabiona... podorać by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jedź na sądy...
Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i
wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja
z nią sypiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... - splunął ze złością, nabił fajeczkę
machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił.
Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz
w raz go markociły i rozbierały.
A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl,
sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić
i rady znikąd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owcą...
a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały...
Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały
smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzieniegdzie
jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania.
Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki,
co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę.
Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się
tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego
słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i
gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał,
jak to bywało...
Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podtykała
kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co
jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku...
A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi...
A teraz co?...
Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat
głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok
idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze...
Toć i marnieje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzak zdechł... wrony
gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito
wszyćko leci, przez sito...
- Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej
morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę...