Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci...
nie dam...
- Niech będzie pochwalony! - zabrzmiał jakiś głos.
- Na wieki!... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa
osada leżała trochę w głębi.
W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły.
Wszedł prosto do świetlicy.
- Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przykołysce i karmiącej dziecko.
- Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego -
wskazała ruchem
brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa;
czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i
szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi
brwiami...
- Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia.
- Ze świata, a skądże by, gospodarzu? - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście
proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę.
- Zażyjcie, gospodarzu.
Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły.
- Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy.
- Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy.
- Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie.
- Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?...
- A juści, żeście to rozeznali?... no, no.
- Po głosie ino, po gadaniu.
- Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem?
- Moiściewy, a cóż by! - A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy
piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają.
- Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest.
- Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie.
- A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? - zapytała wójtowa.
- Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od
ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał
i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem i pies
warczeć przestał.
Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał:
- Żono, jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?...
- Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro.
- Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie
przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to
pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę...
- Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie...
I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie
skwarkarni, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko.
- Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę.
- Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł...
- Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie...