- Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad.
Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do
ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał.
A wójtowa raz w raz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies
się kręcił i skamlał zdziebko do jadła.
- Cicho, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... uspokajał go dziad i
wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu.
- To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco.
- A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto
z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa...
- Ona powieda, że ten dzieciak to...
- W imię Ojca i Syna! Wściekła się czy co?
- Ho, ho, stary z was, a jeszcze majster! - Wójtowie poczęli się śmiać.
- Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! - szeptał dziad.
-Cygani jak ten pies, anim ją tknął.Jeszcze by ,taki tłumok....taka pode płotem zdychała a
skamlała, coby ją za samą warzę a kąt do spania wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale
nieboszka peda: “Weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować? będzie swoja pod
ręką...” Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. Ale nieboszka
pedo: “Nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać, zasadzę ją i niechta se ścibie,
zawżdy coś uścibie”. No i ostała, odpasła się ino i zarno się postarała o przychówek... A kto w
spółce, to już różnie gadali...
- Ona skarży na was.
- Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego!
- Ale do sądu trza wam iść.
- Pójdę. Bóg zapłać, żeście mi powiedzieli, bo wiedziałem ino, że o zasługi - ale zapłaciłem,
na co świadków mam. A pyskacz zapowietrzony, a dzidówka! Laboga tyle umartwienia,
że jaż chyba udzierżyć nie udzierżę a to mi i krowa padła, że dorznąć musiałem, roboty nie
pokończone, a tu człowiek sam kiej ten palec.
- U wdowca to kiej między wilkami owca - powiedział znowu dziad. .
- O krowiem słyszał, mówili mi już na polu...
- To dworska sprawa, bo pono borowy wygnał z zagajów. Najlepsza krowa! Ze trzysta
złotych wartała, żegnała się, bo ciężka była, zapaliły się w niej wątpia, żem dorznąć musiał...
Ale dworowi tego nie daruję... Podam do sądu.
Ale wójt zaczął mu tłumaczyć i przekładać, żeby się wstrzymał, jako w pierwszej złości
zawsze się źle radzi, bo stał za dworem, a w końcu, żeby zwrócić rozmowę w inną stronę,
mrugnął na żonę i powiedział:
- Bobyście się, Macieju, ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować.
- Kpicie czy co?... A dyć na Zielną skończyłem pięćdziesiąt i osiem roków. Co wama też
w głowie, jeszcze tamta dobrze nie ostygła...
- Weźcie kobitę do swego wieku, a zaraz się wam zgoi wszystko - dodała wójtowa i jęła
sprzątać ze stołu.
- Dobra żona głowy mężowej korona - dorzucił dziad, obmacując miski, które przed nim
postawiła wójtowa.
Żachnął się Boryna, ale zamedytował głęboko, że mu to samemu do głowy nie przyszło.
Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy ż nią lepiej niźli samemu biedować...
- Która i głupia jest, i niemrawa, która znów kłótnica, która do chłopskich kołtunów sięgająca,