Cóż?...
Niemoc ją ogarnęła, niemoc ogromna, cicha i bolesna, tak strasznie bolesna, że nawet
płakać nie mogła, nie miała sił, trzęsła się ino w sobie jak ta drzewina drętwiejąca z zimna, co
ani uciecze od męki, ni poratunku uprosi, ni bronić się poradzi - jako ta drzewina skrzytwiała
Hanczyna dusza. Wsparła głowę na kółku, opuściła ręce i zapatrzyła się przed się, w swoją
dolę nieszczęsną, w gorzką bezmoc swoją, i długo, długo tak trwała, ino kiedy niekiedy spod
sinych powiek wysuła łza jaka paląca i padała na wełnę, i zamarzała tam w krwawy różaniec
boleści.
Ale nazajutrz wstała spokojniejsza nieco, bo i jakże, miała to czas na turbowanie jak jaka
dziedziczka! Może tak jest, jak młynarz powiadał, a może i nie jest! Opuści to ręce, płakać
będzie i wyrzekać, kiej wszystko na jej głowie, i dzieci, i gospodarstwo, i bieda cała! Kto temu
zaradzi jak nie ona? Tylko pomodliła się gorąco przed Matką Bolesną i żeby Pan Jezus
odmienił, to się ochfiarowała iść na zwiesnę do Częstochowy, na trzy msze dać i kiedyś, jak
się zapomoże, zanieść cały kamień wosku do kościoła, na światło przed wielki ołtarz.
Ulżyło jej bardzo, jakby się wyspowiadała i ten Sakrament święty wzięła, że ostro zabrała
się do przędzenia, tylko dzień, chociaż był słoneczny i jasny, dłużył się jej niepomiernie i
rozbierała ją troska o Antka.
Przyszedł dopiero wieczorem, na samą kolację, ale był taki zbiedzony, zmarnowany i cichy,
a tak się witał poczciwie, dzieciom bułek przyniósł, że prawie zapomniała o podejrzeniach,
a gdy jeszcze urznął sieczki i pomagał jej przy obrządku, jak mógł, rozczuliła się tak
głęboko, że i wypowiedzieć trudno.
Nie mówił tylko, gdzie był i co robił, juścić nie śmiała o to pytać.
Po kolacji przyszedł Stach, jak był często zaglądał, choć mu Weronka broniła, a w jakiś
czas po nim najniespodziewaniej zjawił się stary Kłąb.
Niemało się zdziwili, bo pierwszy to był człowiek ze wsi od czasu ich wygnania, i tak rozumieli,
że z jakimś interesem przychodzi.
- Że to nikt ani się pokaże, tom umyślił waju odwiedzić - rzekł prosto.
Dziękowali mu też ze szczerą i głęboką wdzięcznością.
Siedli se rzędem na ławie, blisko komina, i pogadywali wolno, poważnie, a stary dorzucał
gałązek na ogień.
- Mróz niezgorszy, co?
- Że i młócić bez kożucha i rękawic trudno - powiedział Stacho.
- A co gorsza, że i wilki się pokazują.
Ze zdumieniem spojrzeli na Kłęba.
- Prawdę mówię, dzisiejszej nocy podkopywały pod wójtów chlew, musiało je coś spłoszyć,
że prosiaka nie wzięły, a wygrzebały jamę, aż pod przycieś, sam chodziłem w połednie
oglądać, piąciu ich musiało być najmniej!
- To ani chybi, na ciężką zimę znak.
- Przeciech mrozy dopiero co wzięły i tu już wilki wychodzą...
- Widziałem pod Wolą, na tej drodze za młynem, wiecie, gęsty ślad, jakby całe stado szło
na ukos drogi, przyglądałem
się, alem myślał, że to pańskie psy polowe, a to wilki musiały być... - powiedział
żywo Antek.
- Byliście to i w porębie? - zagadnął Kłąb.
- Nie, powiadali ino ludzie, że tną ten przykupny las, przy Wilczych Dołach.
- Powiedział i mnie borowy, że dziedzic nikogo z Lipiec wołać nie będzie do roboty, pono
przez złość, że się o swoje upominają.