na to i rzekł do drugich:
- Głupi jako ten psiak, co nie mógł ugryźć buta, dostał w zęby, to się teraz do niego łasi.
Myślał, że łaskę posiadł, a tak samo go przegonią, niech się tylko lepszy trafi... zawżdy tak z
bogaczami bywa...
Antkowi zaś zarówno wszystko było, ani rad był z podwyżki, ani cieszyło go zbytnio, że
Mateuszowi zmiękła rura i że wieś z niego przekpiwała, o czym powiadali na robocie, tyle go
to obchodziło razem, co ten łoński rok albo i mniej. Nie dla płacy robił, to ino Hankę cieszyło,
robił, bo mu się tak podobało, a gdyby zechciał brzuchem do góry wylegiwać - wylegiwałby
się, choćby się tam nie wiem co stało. A że upodobał sobie w robocie, to się w niej prosto
zapamiętał i chodził jak ten koń w kieracie, co i nie popędzany, a w kółko biega, póki go nie
zatrzymają.
I tak szedł dzień za dniem, tydzień za tygodniem aż do samych Godów w ciężkiej i bezustannej
pracy, aż mu z wolna przycichła dusza i jakby skrzepła na lód, że zgoła niepodobny
był do dawnego. Dziwowali się temu ludzie i różnie o tym mówili. Ale to było jeno z wierzchu,
dla ludzkich oczów, bo na wnątrzu całkiem było różnie - jako w tej wodzie bystrej i głębokiej,
którą mróz w lody okuje i śniegi przysypią - a bełkocze cięgiem, szumi, huka, że ani
człek się spodzieje, kiej pęknie powłoka i wody luną... Tak ci było i w nim; robił, harował,
pieniądze co do grosza oddawał żonie, w domu przesiadywał wieczorami, a dobry był jak
nigdy, cichy, spokojny, dzieci zabawiał, pomagał w gospodarstwie, marnego słowa nie rzekł
nikomu, nie wyrzekał i jakby o wszystkich krzywdach zapomniał ale nie zwiódł tym wszystkim
Hanczynego serca, nie; juści, że radowała się tej przemianie i dziękowała za nią Bogu
gorąco, a zabiegała koło niego, jak mogła, w oczy mu cięgiem patrzyła, by odgadnąć, czego
potrzebuje, służką mu była najwierniejszą i najpamiętliwszą, ale i często łapała oczami jego
smutne spojrzenia, często nasłuchiwała strwożona jego wzdychów cichych, często opadały jej
ręce i z zamarłym sercem oglądała się dokoła, chcąc przewidzieć, skąd przyjdzie nieszczęście,
bo dobrze czuła, że w nim waży się cosik strasznego, cosik, co ino przez moc zdzierża, co ino
przywarło, przytaiło się, a ssie mu duszę, ssie...
On zaś ani słowa nie rzekł, źle mu jest czy dobrze, z roboty wracał prosto do domu, o
świtaniu się zrywał, kiedy przedzwaniali na roraty, że co dnia przechodził koło oświetlonego
kościoła, co dnia zatrzymywał się wprost kruchty posłuchać grania organów, tych muzyckich
głosów, tych brzmień rozdzwonionych, cichych; przejmujących, co jakby z mrozów dźwięczały,
jakby z tej przedświtowej szarości się rodziły, jakby z tych zórz miedzianych pobrzękiwały
z lodowych przysłon i z ziemi przemarzłej niosły się tęsknym, łamiącym marzeniem
długiego snu, ciężkiego snu zimy, i co dnia przyspieszał kroku, by go nie ujrzeli zasłuchanego,
i biegł drugą stroną stawu, dłuższą, byle ino nie przechodzić koło ojcowego domu nie
spotkać nikogo.
Nikogo!
Dlatego też i w niedziele przesiadywał kamieniem w domu, mimo próśb Hanki, by szedł
z nią do kościoła. Nie i nie. Bał się spotkania z Jagną, dobrze wiedział, że nie zdzierży, nie
wytrzyma!
A przy tym wiedział od Bartka, z którym się niezgorzej stowarzyszył, i sam czuł, że wieś
wciąż się nim zajmuje
że go pilnują i śledzą na każdym kroku jak złodzieja, jakby się zmówili na niego - nieraz
bowiem spostrzegał przyczajone za węgłami oczy, nieraz czuł, jak się oglądają za nim, jak
lecą ciekawe, chwytne spojrzenia, co rade by do dna duszy sięgnąć i wypatroszyć ją z każdego
zamysłu, i przejrzeć na wskróś. Bolały go te oczy, bo jakby świdrem szły przez duszę,
srodze bolały.