ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przydeptuje
Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin,
cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i ówdzie spoza drzew mżyły
się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko
chybotać.
Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się w dół, przeszedł most, pod
którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą
stronę stawu - wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę
czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały
się gwiazdy niby w zwierciadle stalowym.
Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę,
może aby przejść koło domu Jagny? a może aby zebrać nieco myśli i pomedytować.
- Juści, że byłoby niezgorzej! juści! A co tam o niej mówią, to taka prawda. - Splunął. -
Sielna kobieta!- Dreszcz nim wstrząsnął, bo i chłód wilgotny szedł od stawów, a u wójtów
gorąc był silny.
- A bez kobiety trza zmarnieć abo dzieciom gospodarkę odpisać - myślał - a duża jucha i
kiej malowana. - A krowa najlepsza padła, a kto wie jutra?... Może to i trza poszukać żony?
Tyle obleczenia po nieboszce jest - przygodziłoby się. Ale stara Dominikowa to pies... a cóż,
mają chałupę i gront, toby na swojem ostała. Troje ich, a mają piętnaście morgów, to niby na
Jagnę pięć i spłata za chałupę i lewentarz! Pięć morgów to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem,
żyto, widzi mi się, posiały latoś, tak... Pięć morgów do moich to... trzydzieści pieć bez
mała! Karwas pola!...
Zatarł ręce i poprawił pasa. - To ino młynarz ma więcej... złodziej, krzywdą ludzką a procentami,
a oszukaństwem tyla nabrał... A na bezrok podwiózłbym gnoju, a uprawił i pszenicy
posiał na całym kawale; konia by trzeba przykupić, a i po granuli krowinę jaką... Prawda,
krowę by dostać dostała...
I tak rozmyślał, liczył, rozmarzał się gospodarsko, aż czasem i przystawał z ciężkiej deliberacji.
A że mądry chłop był, to wszystko zasię zbierał w sobie i głęboko w głowę patrzył,
coby czego nie prześlepić i nie przepomnieć.
- Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! - pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności
zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia.
Gront mój, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... - nie skończył, bo stanął
przed chałupą Jagny.
Świeciło się u nich jeszcze i przez otwarte okno padała szeroka smuga światła i szła przez
kierz georginiowy i niskie drzewa śliwkowe aż na płot i drogę.
Boryna stanął w cieniu i zapuścił wzrok w izbę.
Lampka tliła się nad okapem, ale w kominie musiał się buzować tęgi ogień, bo słychać
było trzask świerczyny i czerwonawe światło zapełniało ogromną, mroczną po kątach izbę;
stara, skulona przed kominem, czytała cosik głośno, a Jagna przeciw niej twarzą do okna siedziała;
w koszuli była tylko i z podwiniętymi do ramion rękawami -- podskubywała gęś.
- Urodna jucha, to urodna! - myślał.
Podnosiła czasem głowę, nasłuchiwała matki, wzdychała ciężko, to znowu brała się skubać
pióra, aż gęś zagęgała boleśnie i rwać się poczęła z krzykiem z jej rąk, i bić skrzydłami,
że puch się rozwiał po izbie białym tumanem. Uspokoiła ją rychło i mocno ściskała kolanami,