Jakoś niewidne były zaraz z pierwszego wieczoru; jak to zwykle przy mrozie, bo skoro
ostatnie zorze się dopalały, niebo zaczęło się zasnuwać jakby dymami sinymi i całkiem zatapiało
się w burościach.
Józka z Witkiem dobrze byli przemarzli, bo stali na zwiadach przed gankiem, nim pierwszą
gwiazdę uwidzieli.
- Jest! Jest! - wrzasnął naraz Witek.
Wyjrzał na to Boryna, wyjrzeli i drudzy, a na ostatku Rocho.
Juści, że była, tuż nad wschodem, jakby się rozdarły bure opony, a z głębokich granatowych
głębin rodziła się gwiazda i zda się rosła w oczach, leciała, pryskała światłem, jarzyła
się coraz bystrzej, a coraz bliżej była, aż Rocho uklęknął na śniegu, a za nim drugie.
- Oto gwiazda Trzech Króli, betlejemska gwiazda, przy której blasku Pan nasz się narodził,
niech będzie święte imię Jego pochwalone!
Powtórzyli za nim pobożnie i wpili się oczami w tę światłość daleką, w ten świadek cudu,
w ten widomy znak zmiłowania Pańskiego nad światem.
Serca im zabiły rzewliwą wdzięcznością, wiarą gorącą, dufnością i brały w siebie to
światło czyste jako ten ogień święty, pleniący złe, jako sakrament.
A gwiazda olbrzymiała, niosła się już niby kula ognista, błękitne smugi szły od niej niby
szprychy świętego koła, i skrzyły się po śniegach, i świetlistymi drzazgami rozdzierały ciemności,
a za nią, jako te służki wierne, wychylały się z nieba inne, a liczne, nieprzeliczoną i
nieprzejrzaną gęstwą, że niebo pokryło się rosą świetlistą i rozwijało się nad światem modrą
płachtą, poprzebijaną srebrnymi gwoździami.
- Czas wieczerzać, kiedy słowo ciałem się stało!- rzekł Roch.
Weszli do domu i zaraz też obsiedli wysoką i długą ławę.
Siadł Boryna najpierwszy, siadła Dominikowa z synami, bo się dołożyła, aby razem wieczerzać,
siadł Rocho, w pośrodku, siadł Pietrek, siadł Witek kole Józki, tylko Jagusia przysiadała
na krótko, bo trzeba było o jadle i przykładaniu pamiętać.
Uroczysta cichość zaległa izbę.
Boryna się przeżegnał i podzielił opłatek pomiędzy wszystkich, pojedli go ze czcią, kieby
ten chleb Pański.
- Chrystus się w onej godzinie narodził, to niech każde stworzenie krzepi się tym chlebem
świętym! - powiedział Rocho.
A chociaż głodni byli, boć to dzień cały o suchym chlebie, a pojadali wolno i godnie.
Najpierw był buraczany kwas, gotowany na grzybach z ziemniakami całymi, a potem
przyszły śledzie w mące obtaczane i smażone w oleju konopnym, później zaś pszenne kluski
z makiem, a potem szła kapusta z grzybami, olejem również omaszczona, a na ostatek podała
Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mąki z miodem zatarte i w makowym
oleju uprużone, a przegryzali to wszystko prostym chlebem, bo placka ni strucli, że z mlekiem
i masłem były, nie godziło się jeść dnia tego.
Jedli długo i mało kiedy jeśli tam które rzekło jakie słowo, więc ino skrzybot łyżek o
wręby się rozlegał i mlaskanie - tylko Boryna raz po raz rwał się pomagać Jagusi a wyręczać,
aż go stara skarciła
- Siedźcie, nic się jej nie stanie, daleko jeszcze do czasu, a pierwsze święta na swojem, to
niechaj się wkłada !...
Ale Łapa skomlał z cicha, trykał łbem o zady, łasił się a przypochlebiał, by mu prędzej
dali, a bociek, któren miał swoje miejsce w sieni, to często gęsto kuł dziobem w ścianę, to
klekotał, aż się kury odzywały na grzędach.