miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią,
przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na
progu stajni odmawiać pacierze.
Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste,
białe mgły zwlekały się z wolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały w górę podartymi
szmatami.
Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo a biegał oczami po podwórzu, po
oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami
niby pięście; rzucił czymściś do budy, koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał,
zwinął się i spał dalej.
- Ale, do samego słońca spał będziesz, jucho! - i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł,
przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w
gęstych kudłach porządek.
- I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! - Bił się długo w piersi, a
powstając, rzekł do Łapy:
- Hale! aligant jucha, wybiera se pchły kiej baba na wesele !
A że robotny był, to się zajął obrządkiem - wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił
konie i przyłożyl im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka
nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce,
osobno:
- Żrej, stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! - Pogładził ją po nozdrzach,
aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny.
-...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę - nie bój się,
ściółka letka, nie zgonię cię...
- A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi - mówił
do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między deski przegrody, do żłobu klaczy - grzmotnął go
pięścią w zad, aż koń uskoczył w bok i zarżał.
- Hale, parobku żydowski! Żreć to byś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię nie ma,
bez bata, jucho, z miejsca nie ruszysz, co?
Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już z daleka wyciągała do
niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho.
- Cichoj, mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! - Uwił
kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. - Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz
się zawdy kiej maciora - pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo
kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy.
- Zjadłbyś i ty, co? To naści-że chlebaszka, naści! Wyjął zza pazuchy kawałek i rzucił,
pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć.
- Hale, te swynie to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać...
Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę
- Głupie to jeno bydle, a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa...
Tyle i z ciebie, biedoto, że człek se podje w niedzielę...
Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka...
- Słońce ino, ino - zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać.
Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale w końcu wstać wstał i łaził
ociężały i senny po podwórzu.
Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony, i zapaliło łuny w
wodach i szybach a z chałupy nikt się nie pokazywał...