sad od drogi, biegnącej za wsią wzdłuż sadów i zabudowań, i tęskliwymi oczami leciała
we świat, na białe, śnieżne pola, do borów ciemniejących, jeno że nic nie rozeznawała, tak ją
całą przejmowała głęboka radość, że za nią się ujął i skrzywdzić nie dał!
- Taki dałby radę wszystkim? Mocarz ci on, mocarz!- myślała z tkliwością. Gdyby się
zjawił teraz, w tym oczymgnieniu! nie oparłaby mu się, nie!...
Bróg stał niedaleczko, zaraz za drogą, w polu nieco, wróble w nim świerkały i całymi
bandami chroniły się do wielkiej dziury, jaka była wybrana w sianie; parobkowi nie chciało
się włazić i z wierzchu zrucać, choć tak Boryna przykazywał, to skubał se po ździebku, kłakami,
aż i jamę wyskubał, że parę ludzi mogło się w niej pomieścić.
- Wyjdź! za bróg! Wyjdź! - powtarzała bezwiednie Antkową prośbę.
Uciekła do chałupy, bo zaczęli dzwonić na nieszpory, a jej się zachciało samej iść do kościoła,
w głuchej, niejasnej nadziei, że go tam spotka.
Juści, że nie było go w kościele, ale za to spotkała się zaraz przy wejściu w kruchcie z
Hanką, pochwaliła Boga wstrzymując rękę przed kropielnicą, by tamta pierwsza umaczała
palce, Hanka zaś nie odrzekła pozdrowieniem i nie sięgnęła po wodę święconą, a przeszła
mimo i tak ją uderzyła oczami jakby kamieniem.
Aż jej łzy stanęły w oczach z tego spostponowania i jawnej złości, ale siedziała w ławce i
nie mogła oczów oderwać od jej zmizerowanej, bladej twarzy.
- Antkowa kobieta, a takie chuchro, taka mizerota, no, no! - snuło się jej po głowie, ale
rychło zapomniała o niej, bo śpiewali na chórze i organy tak pięknie przegrywały, tak cicho a
uroczyście, że się zatopiła całkiem w muzyce. Nigdy jeszcze nie było jej tak dobrze i słodko
w kościele, przenigdy; nie modliła się nawet, książka leżała nie otwarta, różaniec tkwił w palcach
nie zaczęty, a ona wzdychała ino, chodziła oczami po mrokach, z wolna płynących z
okien, po obrazach, po skrzeniach świateł i złoceń, po tych farbach ledwie widnych i niesła
się duszą w zaświaty, w te cudności i nieba obrazów, w przygasłe, cichnące dźwięki, w rozmodlone
śpiewy, w święty spokój ekstazy i piła takie zapomnienie wszystkiego, że już nie
baczyła, gdzie jest, jeno się jej widziało, że święci zstępują z obrazów, że idą ku niej z uśmiechem
przenajsłodszym, że te błogosławiące ręce wyciągają się nad nią i dalej idą, nad całym
narodem, aż się przychylił jako ten łan, a nad nim wieją szaty błękitne, szaty czerwone, spojrzenia
miłosierne, grania niewypowiedziane, pieśnie dziękczynne - że już i nie wypowiedzieć!
Ocknęła, gdy się nieszpory skończyły i umilkły organy, cisza ją zbudziła z tego sennego
rozmarzenia, z żalem się podniosła i wychodziła z drugimi, ale przed kościołem znowu się
spotkała z Hanką, która przystanęła na wprost, jakby chciała co rzec, ale ino spojrzała nienawistnie
i poszła.
- Wytrzeszcza ślepie i myśli, . że mnie tym nastraszy, głupia - pomyślała Jagna wróciwszy
do domu.
Wieczór też już był zapadł, wieczór cichy, omdlały jakiś, świąteczny; mroczno było na
świecie, światłości gwiezdne pomdlały w mętnym niebie, że ino gdzieniegdzie tryskrał promień
jaki, śnieg prószył, opadał z wolna, bez szelestu migotał za szybami i snuł się nieskończonym,
kłaczastym przędziwem.
W izbie było cicho również i nieco sennie, przyszedł Szymek zaraz z wieczora niby w
odwiedziny, a głównie, by się z Nastką spotkać, siedzieli też wpodle i ciche wiedli rozmowy.
Boryny jeszcze nie było. Jagustynka siedziała przed kominem obierając ziemniaki, a po drugiej