mgławicą, że ino drzewa nagie targały się w niej i majaczyły pniami. Pola zaś naokół zasnute
były bielmem, oślepłe zgoła i sine mrocznością, że nic nie rozeznał ni drzew, ni kamionek, ni
borów - jeno tuż za smętarzem, na dróżce zasypanej ciągnęło kilkanaścioro ludzi, ciężko
obrzemienionych i przygiętych do ziemi, kurzawa ich przysłaniała co trochę, że przepadali
całkiem, ale gdy się przyciszyło, coraz bliżej czerwieniały wełniaki kobiet i widni byli pojedynczo.
- Co to za ludzie, z jarmarku wracają?
- Hale, komorniki, po drzewo chodzili do lasu.
- I na plecach je noszą?
- A juści, koni nie mają, to muszą na plecach dygować.
- Dużo takich we wsi?
- Przeciech niemało. Ino gospodarze mają gronta, a insze na komornym siedzą i na wyrobki
chodzą abo do służby się godzą.
- I często po drzewo chodzą, co?
- A raz w tydzień dwór pozwala każdemu przychodzić z kulką, bo co se suszu obłamie a
zbierze w płachtę i udźwignie, to jego, ino gospodarze mają prawo z wozem jeździć i z siekie-
rą do lasu... Myśwa z Kubą jeździli cięgiem i nie raz jeden z dobrą duszą we wozie wracalim...
bo Kuba umieli tak ściąć jakiego grabka i schować pod gałęzie, że ani borowy poznał! -
zawołał z dumą.
- Długo Kuba chorował? Opowiedz wszystko.
Juści, że Witek prosić się nie dał i opowiedział, co ino wiedział. Pan Jacek przerywał mu
pytaniami, przystawał aż z gorącości, rozkładał ręce, cosik w głos wołał, ale chłopak nie wymiarkował,
o co mu szło i dlaczego się tak dziwował, bo po prawdzie nie baczył dobrze,
strach go zdziebko przejmował, że to już mroczało i cały smętarz jakoby się w śmiertelne
gzło przyodziewał i różnymi głosami gadał, więc biegł przodem i zestrachanymi oczami wypatrywał
Kubowego krzyża; odnalazł go wreszcie, stał pod samym parkanem, wpodle tych
rozwianych mogiłek pobitych na wojnie, przy których modlił się w Zaduszki.
- A dyć tutaj, na krzyzie stoi wypisane: Jakub Socha! - przesylabizował wodząc palcem
po białych, wielkich literach. - To Rocho wypisali, a krzyż sporządził Jambroży!
Pan Jacek dał mu dwie złotówki i kazał spiesznie wracać do domu. Chłopak w dyrdy
uciekał, a ino jeden raz się odwrócił, by gwizdnąć na Łapę i spojrzeć, co tamten robi.
- Jezus! Dziedzicowy brat, a klęczy przy Kubowym grobie! - szepnął zdumiony, ale że
mrok zapadał i przygięte drzewa trzęsły się jakoś strasznie, strach go przejął taki, że galopem
i na przełaj poleciał do wsi. Dopiero koło kościoła się zatrzymał, by złapać nieco powietrza i
popatrzeć na pieniądze, trzymane mocno w garści, pies go też właśnie dopędził, że wracali już
razem i wolno do chałupy.
A koło stawu natknął się na Antka, wracającego z roboty, pies się rzucił do niego przyłaszać,
szczekać i skomleć radośnie, aż go Antek jął głaskać.
- Dobry pies, poczciwy, dobry! Skąd to wracasz, Witek?
Witek opowiedział wszystko, juści, że o pieniądzach nie rzekł.
- Zajrzałbyś do dzieci kiedy.
- Przyletę, przyletę, nawet la Pietrusia zrobiłem wózik i jednego cudaka...
- Przynieś go, naści dziesiątkę, byś nie zabaczył!
- A to chybcikiem przylecę, obaczę ino, czy gospodarz nie przyszli...
- Nie ma ich to w domu? - rzekł niby obojętnie, ale aż zadygotał.