Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle, i przeziewał, a że wróble poczęły
zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap
zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było.
- Pomarzły czy co?
I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę.
- Kuba, wiecie, nie żyją, o! - Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki.
Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha, dmuchnął w oczy i rzekł:
- Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych
krajów, no no... - I poszedł do swojej roboty.
A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bielone
ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał zza koszuli te, które już ogrzane nieco
jego ciałem, gmerały się trochę, churchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych,
aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki; wtedy prawą ręką czaił
się po ścianie i raz w raz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał.
- Lećta se do matuli, lećta -szeptał, patrząc jak jaskółki siadały na kaletnicy obory, czesały
się dziobkam i szczebiotały jakby dziękczynienia
A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał,
rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał z powrotem stróżować.
- Ale, złap wiater w polu - mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że
ani widział, kiedy Boryna wyszedł zza węgła i stanął przed nim.
- Ptaszkami się, ścierwo, zabawiasz, co?
Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chycił go krótko za kark i drugą ręką szybko
odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny.
- A dyć nie bijcie, a dyć! zdążył krzyknąć jeno.
- Takiś to pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co?... Ty
znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! - I bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a
chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał:
- Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu ratujta...
Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni.
A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swvoją stratę tak zajadle, że Witek miał
już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się
wyrwał, chwycił się obu' rękami z tyłu za portki i gnał w opłotki.
- Jezu, zabili mę, zabili mę! - ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała zza
pazuchy i rozsypywała się po drodze.
Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy, i zajrzał na Antkową
stronę.
- Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! - krzyknął do syna.
- Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować.
- Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia
ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia.
- Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje.
- Rzekłeś... to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń.
Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę.
Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy.
- Rychło daj jeść, bo trza mi jechać...
- Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę - i poszła.
- Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kłyźnij się ze wszystkimi! - myślał i wziął się do