obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo
zaraz do oczów z pazurami skacze albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo
się spuścić, ino haruj i haruj!
Złość w nim zbierała, aż poklinał z cicha i rzucał szmatami po izbie a butami.
- Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to?- myślał.
- Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im
to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyźnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze
wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czy nić. Gospodarz był przeciech nie leda jaki, na trzydziestu
morgach, i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy,
nie!... - Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich po cichu burzył, a i sam
wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu, a już na resztę chciał poczekać...
- To niby kiej zamrę! Poczekaj, jucho, poczekaj-myślał ze złością. - Póki się ino rucham,
nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala!
Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnetki narządziła
śniadanie
- Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu
naleci; ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża to zasoli i przyprawi...
- A dyć i kowal umieją...
- Ale, podzieliłby, się kiej wilk z owcą.
- Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa, a ona nawet nie obaczy.
- To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj.
-- Dobryście, tatulu, dobry.
- Hale, córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę abo i co.
Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie
włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie...
- Bym czego nie przepomniał. - Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał,
bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył.
A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek:
- Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną
jakiego grabka albo i chojkę - przyda się.
Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami.
- Zabaczyłem... prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię, jucho,
spierę, że popamiętasz!
- Ale, pocałujta mę gdzieś... - odkrzyknął hardo znikając za stodołą.
- Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz...
Skręcił z opłotków na lewo, na drogę wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że
podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze.
Słońce było już chyla tyla nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych
strzech podnosiły się oparyn i woda skapywała, tylko w cieniach - pod płotami w sadach, po
rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała
spod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce.
We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek
orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali, i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola,
którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem
ciągnęli na ścierniska; którzy. na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego;
którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić - że ino dudniło