- Źle jest całkiem, źle.
- A nie tak powinno być!
- Juści, że młodych powinni przypuścić do gruntów i do rządów.
- A samym na wycugi iść!
- Ja wojsko odsłużyłem, lata mi idą, a tego, co moje, dać nie chcą! - krzyczał Płoszka.
- Każdemu czas na swoje.
- A wszyscyśmy tutaj pokrzywdzeni.
- A najbarzej Antek!
- Trza by we wsi zrobić porządki! - szepnął twardo
Szymek, Jagusin brat, któren niedawno przyszedł i stojał poza drugimi cicho, spojrzeli na
niego zdumieni, a on wysunął się na czoło i jął gorąco prawić o swoich krzywdach, a w oczy
wszystkim patrzał i czerwienił się, że to nieprzywykły był przed drugimi mówić i bojał się
jeszcze nieco matki.
- Nastka go tak nauczyła rozumu! - szepnął któryś, roześmiali się wszyscy, aż Szymek
zmilknął i cofnął się w cień, wtedy wójtów brat, Grzela Rakoski, choć nie był rozmowny i
nieco się zająkiwał, zaczął prawić.
- Że starzy trzymają grunta i dzieciom nie popuszczają, źle juści jest, bo krzywda - ale to
jest najgorsze, że się głupio rządzą. Przecie z tym lasem dawno byłby koniec, żeby się byli
zgodzili z dziedzicem.
- Jakże, dawał po dwie morgi, kiedy się nam należy po cztery na półwłóczek.
- Należy albo i nie należy, to jeszcze nie wiadomo, to już urzędniki rozsądzą.
- Kiedy oni z dziedzicami trzymają!
- Hale, trzymają tam, przecież sam komisarz powiedział, by się nie godzić na dwie morgi,
to dziedzic musi dać więcej! - tłumaczył Balcerek.
- Cichocie no, bo kowal ano ze starszym idzie!- szepnął Mateusz.
Obejrzeli się na drzwi, jakoż prawdziwie, kowal wiódł się pod pachy ze starszym, obaj
już byli napici niezgorzej, to się mocno przepychali przez gęstwę i rznęli prosto do szynkwasu,
ale nie postali tam długo, Żyd ich powiódł do alkierza.
- Na chrzcinach u wójta się uraczyli.
- Wyprawia to dzisiaj? - zapytał Antek.
- A dyć ojcowie nasi tam siedzą. Sołtys poszedł w kumy z Balcerkową, bo pono stary Boryna
się pogniewał i nie chciał - tłumaczył Płoszka.
- A to co za jeden ? - wykrzyknął Balcerek.
- To pan Jacek, dziedzicowy brat z Woli! - objaśniał Grzela. Aż powstali, by się przyjrzeć,
bo pan Jacek przeciskał się z wolna a oczami kogoś szukał, aż i natknał się na Bartka z
tartaku i z nim poszedł pod ścianę, do rzepeckich.
- Czego on może chcieć?
- Czego, a niczego, tak se chodzi ino po wsiach, z chłopami gada, niejednemu pomoże,
na skrzypkach przygrywa, dzieuchy piosneczek uczy, głupawy jest pono.
- Kończ no, Grzela, coś zaczął, kończ!
- O lesie zacząłem mówić; moja rada jest taka, aby tej sprawy samym starym nie ostawiać,
bo zepsują.
- Cóż, na to jest tylko jedna rada, zaczną las ciąć, całą wsią iść, rozegnać, nie pozwolić
dopóty, aż się dziedzic ze wsią nie ugodzi! - rzekł mocno Antek.
- To samo uradzali u Kłęba.
- Uradzali! Ale nie zrobią, bo kto pójdzie za nimi?
- Gospodarze pójdą.