i te wszystkie jędze nieszczęścia wsadzały kolczaste łby do jej serca i tak szarpały, że
choćby krzyczeć wniebogłosy, a łbem tłuc o ścianę!
- Zmiłuj się, Panie, pofolguj, Jezu! - jęczała w sobie podnosząc rozpalone nigdy nie wysychającymi
łzami oczy ku niebu.
Zaczęła przyspieszać kroku, bo tak wiało na tych podleśnych wyżniach, że już nie mogła
wytrzymać z zimna; baby zaś ostawały nieco i szły wolno, kiej te czerwone kłęby ledwie
widne w kurzawie, a bór już był niedaleko, gdy tumany opadały na chwilę, wyrastał nagle z
bielizny ogromną, ciemną ścianą pni zwartych, przez które mroczały ciche, lodowate głębie.
- Chodźcie prędzej, w lesie będzieta odpoczywały! - nawoływała niecierpliwie.
Ale kobietom się nie spieszyło, odpoczywały często przykucając na śniegu, głowami od
wiatru, kiej to stado kuropatew, i rajcowały z cicha, zaś na jej wołania Filipka mruknęła niechętnie:
- Hanka gania jak ten pies za wroną i myśli, że rychlej co złapie...
- Na co to jej zeszło, chudziaczce - szepnęła współczująco Krakalina.
- Nawygrzewała się dosyć w Borynowej chałupie, najadła tłusto, nasmakowała dobrości,
to może teraz i biedy popróbować. Człowiek całe życie przymiera głodem, haruje jak wół, a
nikto nawet nie polituje.
- A przódzi to nas nawet nie pozdrawiała...
- Moiściewy, chleb daje rogi, a głód nogi, powiedają.
- Chciałam kiejś pożyczyć terlicy, powiedziała, że ma la siebie.
- Prawda, że ona ta otwartej ręki la ludzi nie miała, wynosiła się nad drugie, jak wszystkie
Boryny, ale szkoda kobiety, szkoda !
- Po sprawiedliwości, ale ten Antek łajdus, no!
- Juści, że łajdus, juści. Ale i to wiadomo, że kiep, suczka nie chce, pies nie weźmie, każdy
chłop poleci, jak go kiecką przywabią.
- Gdyby na mnie padło, na środku drogi zdarłabym Jagnę za łeb, a wyzwała, a skleła, a
kudłów naczesała, żeby całe życie pamiętała.
- Przyjdzie i do tego, jeśli czymś gorszym się nie skończy!
- To już takie Paczesiowe nasienie, a Dominikowa nie insza była, nie.
- Chodźma; wiater nisko podbiera, to na noc może ustać.
Dowlekli się wnet do lasu i porozchodzili, a blisko, by móc się skrzyknąć łacno do powrotu.
Mrok ich ogarnął i pochłonął całkiem, że ledwie gdzieniegdzie ślad jaki ostał.
Bór był stary, ogromny, wyniosły; sosna stała przy sośnie nieprzeliczoną ciżbą, gęstwą
nieprzebraną, a tak śmigłą, prostą i mocarną, że widziały się kiej te wielgachne słupy z opleśniałej
miedzi, majaczące w mroku szarozielonych sklepień nieprzejrzanymi rzędami - posępne,
lodowe brzaski biły z dołu od śniegów, zaś w górze, przez strzępiaste konary, niby wskroś
zdziurawionych strzech, świtało niebo białawe i mętne.
Wichura przewalała się górą, że czasami cichość się czyniła jakby w kościele, kiedy to z
nagła organy zmilkną i śpiewy ustaną, a jeno szemrzą wzdychy ostatnie, tupoty, pogasłe
brzmienia pacierzów i te przytajone, konające nuty - bór stawał wtedy nieruchomy, oniemiały,
jakby wsłuchany w grzmotliwą wrzawę, w ten dziki krzyk pól tratowanych, co rwał się
gdziesik ze świata i niósł wysoko, daleko, że tylko jękliwym świegotem drgał po lesie.
Wnet jednak wicher uderzał w bór całą mocą, wszystkimi kłami trzaskał o pnie, wżerał
się w lute głębie, porykiwał w mrokach, targał olbrzymami, ale na darmo, nie przemógł, bo
wyzbyty z sił opadał, głuchnął i marł ze skowytem w gęstych, przyziemnych krzach - a las ni