go musiała, sama ledwie mogąc się utrzymać na nogach.
Wrócili do boru i przykucnąwszy za pniami medytowali, którędy pójść, bo całkiem już
nie wiada było, w jaką stronę się obrócić.
- Tą dróżką na lewo, a wyjdzierny niechybnie do topolowej, przy krzyżu.
- Kiej całkiem nie baczę tej dróżki.
Tłumaczył długo, bo się bała puścić na niepewne.
- A miarkujecie aby, w jaką stronę się wziąć?
- Od lewej ręki, widzi mi się.
Powlekli się wzdłuż lasu, pobrzeżem skrywając się nieco od naporu wichury.
- Chodźcie prędzej, nocy tylko co patrzeć.
- Jeno tego powietrza złapię i letę, Hanuś, letę...
Juści, nieletko się im było przebierać, dróżkę całkiem zasypało, a do tego z boku od pól
wciąż grzmocił wicher i ciepał śnieżycą, próżno się chronili za drzewa, to przywierali jak te
zajączki pod jałowcami, wszędzie przewiewało do kości, zaś głębią straszno było iść, drzewa
szumiały dziko, cały las się kolebał i prawie ziemię zamiatał konarami, gałęzie siekły, po twarzach,
to czasami z takim trzaskiem padały chojary, iż się wydawało, jako cały bór runie
zdruzgotany.
Biegli też, co ino sił i tchu starczyło, aby rychlej dopaść drogi i zdążyć przed nocą, która
mogła spaść leda chwila, bo już szarzało nieco na polach i wskróś skołtunionych śniegów
przewijały się ślepe smugi, kieby te dymy jeszcze nikłe.
Dorwali się wreszcie drogi i padli pod krzyżem, ledwie żywi z utrudzenia.
Krzyż stał na skraju lasu, tuż przy drodze, broniły go od burz cztery ogromne brzozy w
białych gzłach, z obwisłymi niby warkocze gałęziami; na czarnym drzewie był rozkrzyżowany
Chrystus z blachy, pomalowanej w takie kolory, że jak żywy się widział; snadź wiater oderwał
go, bo wisiał tylko na jednej ręce, trzaskał sobą o drzewa i skrzypiał zardzewiałym głosem,
jakby litości prosił i poratunku. Brzozy targane wichurą okrywały go cięgiem sobą, trzęsły
się, przyginały, a śniegowe tumany zasypywały kurzawą, że stał cały w mgłach, przez
które migotało Jezusowe sine ciało i jego blada, okrwawiona twarz wychylała się raz po raz z
bielizn, aż się luto robiło na sercu.
Stary spoglądał nań z przerażeniem, żegnał się, ale nie śmiał się odezwać, bo Hanka
miała twarz srogą, zaciętą, nierozpoznaną, jak ta noc, co już szła przyczajona wskroś wichrów,
śniegów, tumanów - wskróś świata.
Zdawała się nic nie widzieć, i na nic nie baczyć, siedziała zatopiona w mrocznych myśleniach,
a wciąż o jednym: o Antkowym przeniewierstwie; tuman się w niej kłębił, pełen
okrwawionych wzdychów, jako to Jezusowe ciało na krzyżu, pełen zakrzepłych w lód, a palących
łez, pełen żywych, a zapiekłych w boleści głosów.
- Wstydu nie ma, Boga się nie boi, toć jakby z rodzoną matką się sprzągł! Jezus! Jezus!
Zgroza ją poderwała kieby huragan, strach nią zatrząsł, a potem zawrzała gniewem tak
dzikim i mściwym, jak ten bór, co się był przygiął naraz i rzucił rozsrożony na wichurę.
- Chodźmy prędzej, chodźmy! - wołała zarzucając brzemię i przygięta pod ciężarem weszła
na drogę nie oglądając się za starym, poganiała ją niezmożona, zawzięta złość.
- Zapłacę ci za wszystko, zapłacę! - skowyczała dziko, kiej te topole nagie, rozkrzyczane,
zmagające się z wichurą. - Dosyć już tego, a to i kamień już by się rozpękł, gdyby go robak
taki przewiercał! Antek chce, to niech przepada, niech w karczmie przesiaduje, ale swojej
krzywdy nie daruję, nie, zapłacę jej za wszystko! Zgniję za to w kreminale, to zgniję, ale już