jastrzębie.
Noc była ciemna i boleśnie wzburzona, głucha, a pełna dziwnego ruchu, pełna lęku, niepochwytnych
drgań, trwożnych szmerów, przyczajonych zjaw i nagłych stawań rzeczy niewytłumaczonych
a przerażających; czasami z nagła spod zwałów ciemnicy wybłyskiwały
widmowe bladości śniegów, to jakieś lodowe, wilgotnawe, ropiące brzaski pełzały w wężowych
skrętach wskroś cieniów, to znowu noc jakby zawierała powieki, mroki spadały czarną,
nieprzeniknioną ulewą i świat cały przepadał, że oczy, nie mogąc się uchwycić niczego, zsuwały
się bezsilnie w samą głąb przerażenia i dusza drętwiała, przywalona głuchą martwotą
grobu, a chwilami rozdzierały się przysłony cieniów, pękały jakby gromem rozprute i przez
straszliwe rozpadliny chmur widać było w głębokościach granatowe, pola ugwieżdżonego,
cichego nieba.
To znowu z pól czy od chałup, z nieba czy z zatopionych dali, nie wiada zgoła skąd,
drgały rozprysłe, pełzające jakby głosy, jakby blaski, jakby echa jakieś zgubione, widma
dźwięków i rzeczy dawno pomarłych a błądzących po świecie płynęły żałosnym korowodem i
ginęły nie wiadomo gdzie, jak te pomarłe światłości gwiezdne.
Ale oni oślepli na wszystko, burza się w nich zerwała i rosła wzmagając się co mgnienie,
przewalała się z serca do serca potokiem palących a niewypowiedzianych żądz, błyskawicowych
spojrzeń, bolesnych drżeń, niepokojów nagłych, całunków parzących, słów splątanych,
bezładnych a olśniewających niby dzikie mioty piorunów, oniemień śmiertelnych, tkliwości, a
takiego czaru zarazem, że dusili się w uściskach, rozgniatali do bólu, darli się wprost pazurami,
jakby chcąc wyrwać z siebie wnętrzności i skąpać się w rozkoszach męki, a przesłonione
bielmami oczy nie widziały już nic, nawet samych siebie.
I porwani miłosną wichurą, oślepli na wszystko, oszaleli, wyzbyci z pamięci stopieni z
sobą jako dwie żagwie płonące, nieśli się w tę noc nieprzejrzaną, w pustkę i głuchą samotność,
by oddawać się sobie na śmierć, do dna dusz, pożeranych wieczystym głodem trwania...
Nie mogli już mówić, tylko nieprzytomne krzyki rwały się im gdziesik aż z samych trzewiów,
tylko szepty zduszone, porwane a strzeliste jak wytryski ognia, słowa błędne i opite
szałem, spojrzenia żrące do szpiku, spojrzenia struchlałe obłąkaniem, spojrzenia huraganów
walących na siebie, aż przejął ich taki straszny dygot żądzy że zwarli się z dzikim skowytem i
padli... nieprzytomni zgoła. . .
Świat się wszystek zakołował i runął wraz z nimi w ogniste przepaście...
- Już me rozum odchodzi!...
- Nie krzycz... cicho, Jaguś...
- Kiej muszę... wścieknę się abo co!
- Dziw mi serce nie rozpęknie!
- Spalę się... loboga, puść... daj odzipnąć...
- O Jezu... bo zamrę... o Jezu!...
- We świecie jedyna...
- Jantoś! Jantoś!...
...Jako te soki, żywiące skryto pod ziemią, budzą się o wiośnie każdej, rozprężają nieśmiertelną
żądzą, prą do się przez zwały świata, z krańców ziemi płyną, niebami kołują, aż się
odnajdą, przepadną w sobie i w świętej tajemnicy poczną, bych się potem stać zdumionym
oczom: wiośnianą porą albo kwiatem, duszą człowieczą lebo poszumem drzewin zielonych...
Tak ci i oni parli do siebie przez długie tęsknice, przez dnie udręki, przez szare, długie,
puste dnie, aż się odnaleźli i z jednakim, niezmożonym krzykiem pożądań padali sobie w ramiona