- Dyć juści, on ci Bartłomiej Kozioł, dopraszam się łaski prześwietnego sądu! - piszczała
ogromna kobieta, wpychając się siłą za kraty.
- A wy czego?
- Dopraszam się łaski, a dyć ja żona tego chudziaka, Bartka Kozła - i kłaniała się ręką
ziemi, aż wyrurkowanym czepcem zawadzała o stół sędziowski.
- Świadkujecie?
- Niby to za świadka? ni, jeno dopraszam się...
- Woźny; wyrzuć ją za kratę.
- Wychodźta, kobieto, bo nie la was tu miejsce...-
Chwycił ją za ramiona i pchał zadem.
- Dopraszam się prześwietnego sądu, kiej mój ano nie dosłyszy na ten przykład... - krzyczała.
- Wychodźta, póki po dobremu - i aż jęknęła, tak ją ciepnął na kratę, bo ani kroku po dobroci
ustąpić nie chciała.
- Wyjdźcie, będziemy głośno mówili, to choć on Kozioł, a usłyszy!
Zaczęło się wreszcie badanie.
- Jak się nazywacie?
- Hę?... a, przezywam?... Przeciech wołali mę, to niby wiedzieć wiedzą...
- Głupiś. Jak się nazywacie? - indagował nieubłaganie sędzia.
- Bartek Kozioł, prześwietny sądzie - rzuciła żona.
- Ile lat?
- Hę?... a, lat?... bo ja to pomnę! Matka, wiele to ja mam roków?...
- Pięćdziesiąt i dwa, widzi mi się, będzie na zwiesnę.
- Gospodarz?...
- I... trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon... sielny gospodarz.
- Był już karany?
- Hę?... karany?
- Czy siedzieliście w kozie?
- To niby w kreminale?... karany?... Matka, byłem to w kreminale, hę?...
- A byłeś, Bartku, byłeś, a to cię te ścierwy dworskie o to zdechłe jagniątko...
- Juści, juści... na paśniku znalazłem zdechłe jagnię... wzionem, co miały psy rozwłócyć...
poskarżyły, przysięgły, com ukradł, sąd przysądził... wsadziły mę i siedziałem... Niesprawiedliwość
jest ino, niesprawiedliwość... - mówił głucho i obzierał się znacznie na żonę.
- Oskarżeni jesteście o kradzież maciory Marcjannie Pacześ! Wzięliście ją z pola, zagnali
do domu, zarznęli i zjedli! Co macie na swoją obronę?
- Hę? Zjadłem! Żebym tak Boga przy skonaniu nie oglądał, że nie zjadłem!... o świecie
rodzony, ja zjadłem! - wołał żałośnie.
- Cóż macie na swoją obronę?
- Obronę... miałem to co rzec, matka?... Juści, baczę; niewinowatym, świni nie zjadłem a
Marcjanna Dominikowa, na ten przykład, szczeka bele co, kiej ten pies, że ino chycić za ten
paskudny pysk a sprać... a...
- O ludzie, ludzie!... - jęknęła Dominikowa.
- To już sobie później zrobicie, ateraz mówcie, jakim sposobem świnia Paczesiowej znalazła
się u was?...
- Świnia Paczesiowa.. u mnie?... Matka, co to wielmożny dziedzic rzekli?...
- A dyć, Bartku, to o tym prosiaku, co to za tobą przylazł do chałupy...
- Baczę, juści, że baczę, bo prosiak to był, a nie świnia żadna; dopraszam się łaski wielmożnego