- rymnąłem kiej długi. Opętana czy co?... Ledwiem się pozbierał, a ona kiej nie zadrze ogona
i w skok przede mną! A lećże se, zapowietrzona, pomyślałem. Ale nie uciekła, ino wciąż
przede mną leciała - aż do samej chałupy - do samej chałupy, prześwietny sądzie, aż w ogrodzenie
weszła, aż do sieni wlazła, a że drzwi do izby były wywarte, to i do izby poszła... Tak
mi Panie Boże dopomóż Amen !
- A potem zarznęliście i zjedli, prawda? - rzekł. sędzia rozbawiony.
- Hę! Zarznęli i zjedli?... A cośwa zrobić mieli? Przeszedł dzień - prosiak nie odchodzi;
przeszedł tydzień jest, ani jej wygonić, bo z kwikiem wraca!... Moja podtykała jej, co mogła,
bo jakże głodem morzyć, Boże stworzenie też... Prześwietny sąd jest mądry, to sprawiedliwie
se wymiarkuje, że com z nią biedny sierota miał zrobić? Niktoj po nią nie przychodził, a w
domu bieda - a żarła, że i dwie drugie tyle nie zechlają..: Jeszcze z miesiąc, to by nas zeżarła i
z bebechami... Co było radzić? Miała ona nas - tośwa my ją zjadły, a i to niecałą, bo na wsi
się zwiedziały, a Dominikowa poskarżyła, że to jej, przyszła ze sołtysem i zabrała wszyćko...
- Wszystko?... a cały zad to gdzie?... - syknęła złowrogo Dominikowa.
- Gdzie? Spytajta się Kruczka i drugich piesków. Wynieśliśmy na noc do stodółki. Psy,
że to czujne psie pary, a wrota były dziurawe, wyciągnęły i bal se sprawiły moją krwawicą, że
chodziły obżarte kiej te dziedzice.
- Hale, świnia sama poszła za nim, głupi uwierzy, ale nie sąd. Złodziej jucha, a barana
młynarzowi, a gęś dobrodziejowi to kto pokradł, co?...
- Widziałaś, co? Widziałaś! - wrzasnęła Kozłowa, przyskakując z pazurami.
- A kartofle z organistowego dołu to kto?... A cięgiem cosik komuś we wsi ginie, to gąska,
to kury, to sprzęt jaki - ciągnęła nieubłaganie.
- Ty ścierwo! Coś ty robiła za młodu, a i co twoja Jagna teraz wyprawia z parobkami; to
ci tego nikt nie wypomina, a ty kiej ten pies...
- Wara ci od Jagny! Wara, bo ci ten pysk tak spierę, że... Wara!... - ryknęła wielkim głosem,
ugodzona jak w żywe mięso.
- Cichojta, pyskacze, bo za drzwi wyciepnę! - uciszal Jacek, podciągając parcianek.
Zaczęło się przesłuchiwanie świadków.
Najpierw świadczyła poszkodowana, Dominikowa a zeznawała cichym, nabożnym głosem
i przysięgała co chwila przed tą Częstochowską, jako świnia jej, i żegnała się, i biła w
piersi, że prawda jest, jako ją ukradł z pastwiska Kozioł, i nie żądała od prześwietnego sądu
kary na niego, niech mu już tam Jezusiczek czyśćca za to nie pożałuje - ale domagała się
wielkim głosem sądu i karyza to, że tak spostponował ją i Jagnę wobec całego na-rodu.
Świadczył potem Szymek, syn Dominikowej; czapkę powiesił na rękach złożonych jak
do pacierza, oczów nie spuścił z sędziego i jękliwym, nieprzytomnym głosem zeznawał, że
świnia była matczyna, że białna była cała, ino kiele ogona czarną łatę miała, a ucho rozerwane,
bo ją był Łapa Borynowy chycił na zwiesnę, a tak kwiczała, że chociaż w stodółce był -
usłyszał...
Potem zawezwano Barbarę Piesek i innych.
Świadczyli po kolei i przysięgali, a Szymek wciąż stał z czapką na rękach, wpatrzony
pobożnie w sędziego, a Kozłowa darła się za kratę z krzykiem zaprzeczań i złorzeczeń, a
Dominikowa ino wzdychała do obrazu, a pogląda ła na Kozła, który skakał oczami, nasłuchiwał,
a obzierał się na swoją Magdusię.
Naród słuchał uważnie i raz w raz szmer, to uwagi złośliwe albo śmiech się rozległ głuchy
pod powałą, aż Jacek musiał przyciszać groźbą.