ścianami.
Przeszła most, pod którym woda z hukiem przewalała się na młyńskie koła; drogi stąd
rozchodziły się kiej ręce ogarniające cały staw.
Kolebała się w sobie przez chwilę, ale chęć obejrzenia wszystkiego przemogła i wzięła
się na lewo, dłuższą nieco drogą.
Kuźnia, stojąca pierwsza zaraz z brzega, była zamknięta i głucha; jakiś przodek od wozu
i niecoś zardzewiałych pługów leżało pod ścianami okopconymi, ale kowala ani widu, jeno
kowalowa, rozdziana do koszuli, kopała grządki w sadzie wzdłuż drogi.
Przystawała teraz przed każdą chałupą wspierając się o niskie, kamienne płoty i przeglądając
ciekawie obejścia, opłotki, wywarte sienie i okna. Psy, ujadały na nią niekiedy, ale obwąchawszy
i jakby snadź poznając swojaczkę, wracały legać na przyzby w słońce.
A ona ci teraz szła wolniuśko, krok za krokiem, ledwie dychając z utrudzenia, a barzej i z
uciechy serdecznej.
Sunęła się tak cichuśko jako ten wiater, któren raz po raz powiewał po stawie i gmerał w
rudych baziach olch, a szara była i niewidna kiej te płoty albo ta ziemia, miejscami już przesychająca,
abo zaś kieby ten chudy cień, od drzew nagich padający na ziemię, że jakby jej
nikto i nie spostrzegał.
A radowała się całym sercem, że wszystko tak znajduje, jako i była zostawiła jesienią.
Śniadania musieli warzyć, bo kurzyło się z kominów, a gdzieniegdzie z wywartych okien
buchały zapachy gotowanych ziemniaków.
Choć to i dzieci krzykały tu i owdzie abo i gęsi stróżujące przy gąsiętach podnosiły często
strwożone gęgoty, a dziwnie cicho i pusto było we wsi.
Słońce się już ano podniesło na pół drogi do południa i siało kieby tym szczerym złotem,
i jęło się przeglądać w stawie, a nikto się jeszcze nie kwapił w pole, żaden wóz nie turkotał z
opłotków ni poskrzypiwały pługi, ciągnięte na rolę.
- Na jarmarek musiały pojechać abo co? - myślała, baczniej się jeszcze rozglądając po
chałupach.
Wójtowe stodoły żółciły się nowym drzewem spośród sadów bezlistnych, a Gulbasowa
chałupa, obok stojąca, miała oberwane poszycie, że łaty dachu widać było kiej te żebra nagie.
- Wiatry zerwały, ale wałkoniowi nie chciało się naprawić! - mruczała.
Wpodle zaś Pryczki siedziały w starej pokrzywionej chałupinie, powybijanych szyb wyzierały
słomiane wiechcie.
A oto i sołtysowa chałupa, szczytem do drogi, na starą modę.
Za nim też Płoszków dom, na dwie strony zamieszkany.
Potem Balcerków posiedzenie; poznałaby nie wiem gdzie, bo dom był znaczny, że to
dzieuchy popstrzyły wapnem szare ściany i pofarbowały ramy okien na niebiesko.
A tam znów, w szerokim, starym sadzie rozsiadły się Boryny, pierwsze gospodarze i bogacze
lipeckie. Słońce jeno grało w czystych szybach; ściany jaśniały jakby z nowa pobielone;
obejście było obszerne, budynki w rząd stawiane, a proste i tak galante, że niejeden i chałupy
takiej nie miał, płoty całe i wszystko w takim porządku, kieby u jakiego Olendra na koloniach
a lepiej nie było.
A dalej dom Gołębiów.
I inszych, które wszystkie jako ten pacierz na pamięć wiedziała. Ale wszędy jednako było
cicho i pusto, jeno w sadach czerwieniły się pościele wietrzone i różny przyodziewek, a jeno
gdzieniegdzie uwijały się porozdziewane do koszul kobiety przy kopaniu grządek.
W zacisznych miejscach sadów kapuściane wysadki już puszczały zielone warkocze z