obmówiska, no i tego że przysądzić mogą, by płacił - bo prawo juści jest ci takie, że nikiej
nie wiada, kogo za łeb chyci, winowatego czy sprawiedliwego. Bywało już tak nie raz, nie
dwa, nie dziesięć... bywało.
Wyszedł zaraz ze sądu i czekając na Dominikową, jął .medytować i rozważać w sobie
całą tę sprawę. Nie mógt zrozumieć, po co i dlaczego skarżyła.
- Ni, to nie jej rozum i głowa, to jenszy, ktoś drugi przez nią sięga, ale kto?:..
Poszli z Dominikową i z Szymkiem do karczmy napić się i przegryźć coś niecoś, bo było
już dobrze po południu, i chociaż mu Dominikowa napomykała z lekka, że cała ta Jewczyna
sprawa to musi być robota kowala, zięcia jego, nie mógł uwierzyć.
- Co by mu z tego przyszło?
- Tyla, żeby was pokłyźnić a podać na pośmiewisko i umartwienie. Drugi człowiek jest
taki, że z jenszego la samej uciechy pasy by darł.
- Dziwno mi tej zawziętości Jewczynej! Bom nie ukrzywdził w niczym, a jeszczem za
chrzest tego jej bękarta dał dobrodziejowi worek owsa...
- Służy ona u młynarza, a ten w kompanii z kowaem chodzi..: miarkujecie?!...
- Miarkuję, ino że nic rozeznać nie mogę! Napijwa się jeszcze!
- Bóg zapłać, pijcie przódzi, Macieju!
Napili się raz i drugi, zjedli drugi funt kiełbasy z półbochenkiem chleba, stary kupił rządek
bułek dla Józi i zabierali się do powrotu.
- Siadajcie, Dominikowa, ze mną, ckno samemu, pogwarzym...
- A dobrze, ino skoczę jeszcze do klasztoru zmówic pacierz.
Poszła, ale w dobre dwa pacierze już była z powrotem, i zaraz pojechali.
Szymek wlókł się za nimi wolno, bo w jedną szkapę i piachy były srogie, ale rozebrało
go nieco, że to nie był zwyczajny picia i oszołomiony sądem, to się ino kiwał sennie w półkoszkach
i raz w raz przecykając zdzierał czapkę ze łba, żegnał się nabożnie i wpatrzony nieprzytomnie
w ogon szkapy, jakoby w dziedzicową twarz na sądzie, mamrotał: “...Świnia matczyna,
biała cała, a ino kiele ogona czarną łatę miała...”
Słońce się już było przetaczało ku zachodowi, gdy wjechali w las.
Mało wiele pogadywali, choć siedzieli w podle siebie na przednim siedzeniu.
Czasem któreś zagadnęło jakimś słowem, że to nieobycznie siedzieć jak te mruki, ale ino
tyla tego było, żeby śpik nie morzył i język nie zasechł...
Boryna poganiał źróbkę, bo wolniła, że to już do pół boków spotniała z umęczenia i gorąca,
czasem pogwizdał a milczał, i coś żuł, coś ważył w sobie, coś kalkulował i często a niewidnie
poglądał na starą, na jej suchą kieby z blichowanego wosku twarz, całą w podłużnych
bruzdach zastygłą - poruszała bezzębnymi wargami, jakby się modliła po cichu; czasem pociągała
czerwoną zapaskę barzej na czoło, bo słońce świeciło prosto w oczy, i siedziała nieruchomo,
ino jej bure oczy gorzały.
- Wykopaliście ta już, co? - zagadnął wreszcie.
- A juści. Obrodziły latoś niezgorzej.
- Przychować będzie wama łacniej.
- Wsadziłam też wieprzka do karmika, bo w zapusty może się zdać...
- Pewnie, pewnie... mówiły, że Walek Rafałów przysyłał z wódką?...
- Nie on jeden, nie... ale po próżnicy ino grosz tracą...nie la takich Jaguś moja, nie.
Podniosła głowę i jastrzębimi oczami wpiła się w niego, ale Boryna, że człek był w latach,
nie wicher żaden, to twarz pokazał zimną i spokojną nie do rozeznania: Długo nie rzekli