- Tak se zgodliwie, po przyjacielsku poredzacie, że się po całej wsi roznosi...
Sklął ją, co wlazło, i poniósł się na wieś.
Noc wkrótce zapadła ciemna, chmurzyska przysłoniły niebo, że ni jeden gwiezdny migot
się nie przedzierał, wstawał wiatr i miecił z wolna drzewinami, iż poszumiwały głucho i
smutnie: szło znowu na jakąś odmianę.
W Hanczynej izbie było jasno i dość gwarno, ogień trzaskał na kominie, wieczerza się
dogotowywała, kilka starszych kobiet z Jagustynką na czele pogadywały różności, Józka zaś z
Nastką i z Jaśkiem Przewrotnym siedziały na ganku, bo Pietrek wyciągał na skrzypicach taką
nutę żałosną, aż się im na płacz zbierało; jeno Hanka nie mogła usiedzieć na miejscu, wciąż
rozmyślając nad Borynowymi słowami, a co trocha zaglądając na drugą stronę...
Ale cóż?... nie sposób teraz było w komorze szukać: Jagna siedziała w izbie układając
świąteczne szmaty we skrzyni.
- Pietrek, a przestań, przecież to już prawie Wielki Poniedziałek, a ten dudli a dudli,
grzech!
Zgromiła, tak roztrzęsiona w sobie, że jej się płakać chciało. Juści, że przestał i wszyscy
przyszli do izby.
- O tym dziedzicowym bracie, głupim Jacku, mówimy - objaśniała któraś.
Nie mogła jednak wyrozumieć, o czym mówią, gdyż psy zaczęły coś głośno szczekać w
opłotkach, aż znowu wyjrzała podszczuwając jeszcze. Łapa rzucił się zajadle w sad...
- Huzia go, Łapa!... Weź go, Burek!... Huzia!...
Ale psy zmilkły nagle i powróciwszy skamlały radośnie.
I niejeden raz tego wieczoru było tak samo, że wstało w niej jakieś strachliwe podejrzenie.
- Pietrek, a zawrzyj wszystko na noc, bo musi być, ktosik to penetruje, a swój, że psy nie
chcą docierać.
Rozeszli się wnet wszyscy i wkrótce śpik ogarnął cały dom, jeno Hanka poszła jeszcze
sprawdzić, czy drzwi pozawierane, a potem długo stojała pod ścianą trwożnie nasłuchując...
- We zbożu... to juści w którejś z beczek... By ino me kto nie ubiegł!...
Zimny pot strachu ją oblał i serce gwałtownie zakołatało.
Prawie że nie spała tej nocy.
ROZDZIAŁ 3
- Józia, rozpal na kominie i co jest garnków, zbierz, nalej wodą i przystaw do ognia, ja
polecę do Żyda po przyprawy.
- A śpieszcie, bo Jambroża ino patrzeć.
- Nie bój się, równo z dniem nie przykusztyka, kościół musi pierwej obrządzić.
- Hale, przedzwoni i wnet się zjawi, bo Rocho mają go zastąpić.
- Zdążę jeszczech, a krzyknij no na chłopaków, by rychlej wyskrobali koryto i przywlekli
je na ganek. Jagustynka przyjdzie, to niechby pomyła cebrzyki, beczki też trza wynieść z komory
i zatoczyć do stawu, niech odmiękną; jeno nie zabacz kamieni nakłaść, by ich woda nie
wzięła. Dzieci nie budź, niech se śpią robaki, przestroniej będzie... - nakazywała ostro Hanka
i przyokrywszy się zapaską na głowę, wysunęła się śpiesznie na wczesny i galanto rozkisły
poranek.
Dzień co się był dopiero stał, chmurny, mokry i przykrym ziąbem przejęty; siwe mgły