- Walek! a śmignij no prawą po portkach, bo zostaje!
Uśmiechnął się, bo jakoż po bacie prawa już równo ciągnęła, a gdy konie doszły do drogi,
uniósł się żywo poklepał je przyjaźnie po karkach, aż wyciągały do niego nozdrza i przyjacielsko
obwąchiwały twarz.
- Heeet-aa! - wołał śpiewnie Walek, wyciągnął błyszczący jakby ze srebra pług, uniósł go
lekko, pociągnął konie lejcami, że zatoczyły krótki łuk, wraził krój błyszczący w rżysko, śmignął
batem, konie pociągły z miejsca, aż zgrzytnęły orczyki - i orał dalej wielki łan ziemi, co
pod prostym kątem spadał od drogi po pochyłości i niby długi wątek zgrzebnych skib rozciągał
się aż ku wsi, leżącej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i żółtawych sadach.
Cicho było, ciepło i nieco sennie.
Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej - wisiało w
połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze i kamionki, i grusze po
polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły za się cienie mocne i chłodne.
Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonym kurzawą
słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzieniegdzie bezładnie porozrzucane
ogromne białe chmury niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione.
A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach
lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w
skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny
staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu, leżała
wieś i grała w słońcu jesiennymi barwami sadów - niby czerwono-żółta liszka, zwinięta
na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo
zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz pełnych kamionek i tarnin-tylko gdzieniegdzie w
tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota - łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to
bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni albo leżały piaszczyste senne drogi i nad nimi
rzędy potężnych topoli z wolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom.
Ksiądz ocknął się z zapatrzenia, bo długi, żałosny ryk rozległ się gdzieś niedaleko, aż
wrony poderwały się z krzykiem i skośnym rzutem leciały na kopaniska- a czarny migocący
cień biegł za nimi dołem po rżyskach i podorówkach.
Przysłonił ręką oczy i patrzył pod słońce - drogą od lasów szła jakaś dziewczyna i ciągnęła
za sobą na postronku dużą, czerwoną krowę; gdy przechodziła obok, pochwaliła Boga i
chciała skręcić, aby księdza pocałować w rękę, ale krowa szarpnęła ją w bok i znowu ryczeć
zaczęła.
- Na sprzedanie prowadzisz, co?
- Ni... ino do młynarzowego bysia... a stójże, zapowietrzona... Wściekłaś się czy co! -
wołała zadyszana; usiłując powstrzymać, ale krowa ją pociągnęła, że już obie gnały w dyrdy,
aż kurz je zakrył obłokiem.
A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze Żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki
dobrze naładowane, bo raz w raz przysiadał i ciężko dyszał.
- Co tam słychać, Moszku?
- Co słychać?... Komu dobrze, to i dobrze słychać...
Kartofle , chwała Bogu obrodziły, żyto sypie, kapusta będzie. Kto ma kartofle, kto ma
żyto, kto ma kapustę temu dobrze słychać! - Pocałował księdza w rękaw, założył na kark pas
od taczek i pchał dalej, lżej już, bo zaczynał się spadek łagodny.
A potem szedł środkiem drogi w kurzawie, bo zamiatał nogami, ślepy dziad, prowadzony
przez tłustego kundla na sznurku.
A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten ujrzawszy księdza przy drodze okrążył