gromadą trzymał!...
- Nie powiadaj bele czego, po dobrej woli poszedł z drugiemi swojego się dobijać, i wy
tam jaką morgę lasu mieć będziecie...
- Będzie!... nim słońce wzjedzie, oczy rosa wyje: któren pieniądz ma, temu duda gra, a ty,
biedaku, handluj głodem i ciesz się, że jeść kiedyś będziesz!...
- Braknie ci to czego? - spytała nieśmiało.
- A cóż to mam? Tyle co żyd albo młynarz na borg dadzą! - zawołała rozwodząc ręce z
rozpaczą.
- Nie poredzę ci, żebym i z duszy chciała: nie na swoim jestem i sama oganiać się muszę
kiej od psów i pilnować, by mnie nie wyciepnęli z chałupy... że już nieraz i rozum odchodzi z
turbacji!
Wspomniała się jej noc dzisiejsza.
- Za to Jagusię o nic głowa nie zaboli: nie taka głupia, używa se do woli...
- Jakże?
Podniosła się niespokojnymi oczyma ogarniając siostrę.
- Nic wielkiego, jeno to, że się nażyje dobrego po grdykę; stroi się, po kumach spaceruje i
święto se robi co dnia. Wczoraj na ten przykład widzieli ją z wójtem w karczmie, w alkierzu
siedzieli, a Żyd ledwie nadążył donosić półkwaterki... Nie taka głupia, bych starego żałowała...
- dorzuciła przekąśliwie.
- Wszystko swój koniec ma! - szepnęła ponuro Hanka naciągając zapaskę na głowę.
- Ale co się naużywa, tego jej nikto nie odbierze, mądra jucha...
- Łacno o rozum temu, któren się na nic nie ogląda! Hale, wieprzka dzisiaj szlachtujemy,
zajrzyj na odwieczerzu, pomożesz... - przerwała te gorzkie wywody Hanka i wyszła.
Zajrzała do ojca na drugą stronę, do dawnej swojej izby, stary ledwie był widny w barłogu,
jeno postękiwał z cicha.
- Ociec, co to wama jest?
Przykucnęła przy nim.
- Nic, córuchno, nic, tyle że me frybra trzęsie i w dołku okrutnie ściska...
- A bo tu ziąb i wilgoć kiej na dworze. Wstańcie i przyjdźcie do nas, dzieci przypilnujecie,
bo wieprzka bijemy. Jeść się wama nie chce?
- Jeść!... juści ździebko... bo to zapomniały mi wczoraj dać... jakże... i sami jeno ziemniaki
ze solą... a to Stacho w kryminale... Przyjdę, Hanuś, przyjdę... - pojękiwał radośnie gramoląc
się z barłogu.
Hanka zaś, pełna myśleń o Jagnie, które ją bodły kiej te noże ostre, poleciała śpiesznie do
karczmy czynić zakupy.
Juści, że już teraz Żyd nie żądał z góry pieniędzy, a jeno skwapliwie odważał i odmierzał,
czego zechciała, jeszczech podsuwając pod oczy coraz to nowe la zachęty.
- Niech Jankiel daje, co mówię!... nie dzieckom, wiem po co przyszłam i czego mi potrza
! - zgromiła go wyniośle, nie wdając się w rozmowę.
Żyd się jeno uśmiechał, bo i tak nabrała za kilkanaście złotych, jako że gorzałki wzięła
więcej, aby już i na święta starczyło, a przy tym chleba pytlowego, parę rządków bułek, śledzi
coś z mendel, a nawet w końcu dobrała małą buteleczkę araku, że ledwie mogła udźwignąć
tobół.
- Jagna może używać, a ja to pies? haruję przeciek kiej wół!
Myślała tak wracając do domu, ale żal się jej zrobiło wydatku zbędnego, iż gdyby nie
wstyd, byłaby arak odniesła Żydowi.
W chałupie już zastała niemały rwetes przygotowań. Jambroży nagrzewał się przed kominem