do izby.
- Któż by zachorzał? nie słychać było!...
- Za wójtową chałupę pojechali! - krzyknął przez okno zadyszany Witek.
- Ani chybi do któregoś z komorników...
- A może do waszych, do Pryczków, tam ano siedzą...
- Hale! zdrowe były, takim ścierwom nic się złego nie stanie - szepnęła Jagustynka, ale
chociaż w niezgodzie żyła z dziećmi, a w ciągłych procesach, zadrżała.
- Przewiem się nieco i zaraz przyletę...
Wybiegła śpiesznie.
Ale kawał wieczoru się przewlekło i Jambroży zdążył z nawrotem, a ona nie powróciła;
właśnie był stary powiadał, iż księdza wzywali do Agaty, Kłębowej krewniaczki, co to w sobotę
z żebrów przyciągnęła.
- Jakże? nie u Kłębów to siedzi?
- U Kozłów czy ta u Pryczków pono się przytuliła na skonanie.
Tyle jeno o tym przerzekli, zajęci wielce robotą, jeszcze i bez to opóźnianą, że Józka, a to
i sama Hanka cięgiem odbiegały roboty, by lecieć w podwórze do wieczornych obrządków.
Wieczór się ciągnął z wolna i przykrzył się wielce a dłużył, że to i ciemnica zwaliła się
na świat, iż pięści nie dojrzał, deszcz zacinał ziębiący, wiater ciepał się raz po raz o ściany i
tratował sady, że drzewiny z szumem tłukły się w ciemnościach, a niekiedy buchał w komin,
aż głownie wyskakiwały na izbę.
Prawie przed samą północą skończyli, a Jagustynka jeszcze nie wróciła.
- Plucha i błocko, to się jej nie chciało po omacku utykać! - myślała Hanka wyzierając na
dwór przed spaniem.
Juści, czas był taki, że psa żal by na świat gonić, wiejba, aż dachy trzeszczały, chmurzyska
opite deszczem, bure i napęczniałe przewalały się po zmętniałym niebie, a nikaj w wysokościach
ni jednej gwiazdy, ni też ogniowego migotu w chałupach, zgoła przepadłych w nocy.
Wieś już dawno spała, wiater jeno hulał po polach i barował się z drzewami, a wody stawu
przegarniał ze świstem.
Zaraz poszli spać, już nie czekając.
Jagustynka zaś dopiero nazajutrz rano się zjawiła, ale mroczna kiej ten dzień przebłocony,
wiejny i zimny; ugrzała jeno w chałupie ręce i zaraz poszła do stodoły przebierać ziemniaki,
już tam z dołów na kupę zwalone.
Robiła prawie w pojedynkę, bo Józka odbiegała często nakładać gnój, któren od świtania
wywoził śpiesznie Pietrek, niemało już dzisia skrzyczany od Hanki, że to wczoraj się lenił i
nie zdążył; poganiał też tęgo, na Witka hukał, konie batem prażył i jeździł, aż błoto się otwierało.
- Wałkoń jucha, na bydlątkach tera się odbija! - rzekła stara ciskając na gęsi, bo się przywiedły
całym stadem na klepisko i nuż szczypać ziemniaki a przykry gęgot czynić. Zagadnęła
potem do niej Józka: nie odezwała się siedząc kiej ten mruk i pilnie kryjąc pod nasuniętą na
czoło zapaskę oczy zaczerwienione jakoś.
Hanka zrazu jeno raz jeden zajrzała do nich czatując w izbie na wyjście Jagny, by wtedy
zabrać mięso do swojej komory i spenetrować zarazem beczki ze zbożem, ale jakby na złość
Jagna ni krokiem nie ruszała się z chałupy, że już nie mogąc wstrzymać, zaglądała do chorego,
to zamówiwszy się o coś, wlazła do komory.
- Czegoj szukacie? dyć wiem, gdzie co jest, to wama pokażę! - wołała Jagna idąc za nią,
że trzeba było wychodzić, ledwie co wraziwszy ręce we zboże, a pieniądze mogły być głębiej,
na spodzie...
Zrozumiała też rychło, że tamta jej stróżuje, więc choć po niewoli, dała spokój odkładając