Ale dobrym już rankiem całkiem się uspokoiło, deszcz przestał i ciepło prosto buchało z
pól, a ptaki jęły świergotać radośnie, a choć słońce się nie pokazało, jednak miejscami rozrywały
się niskie, białawe chmury i niebo galanto modrzało. Mówili, że na pogodę idzie.
Zaś we wsi lament powstał i krzyki, bo się pokazało tyle szkód po wichurze, że i nie zliczyć:
na drogach leżały pokotem połamane drzewa, kawały dachów, płoty, iż nie można było
przejechać.
U Płoszków zwaliło chlewy i wszystkie gęsi przygnietło. I tak w każdej chałupie pokazała
się jakaś szkoda, że wszystkie opłotki zaroiły się kobietami, a biadania i płacze sypały się
jako ten deszcz rzęsisty.
Właśnie i Hanka wyszła na świat, by obejrzeć gospodarstwo i sprawdzić szkody, gdy na
podwórze wpadła Sikorzyna.
- A to nie wiecie?... Stachom rozwaliło chałupę!... cud boski, że ich nie pozabijało! -
wrzeszczała już z daleka.
- Jezus Maria!...
Zmartwiała z przerażenia.
- Przyleciałam po was, bo oni tam prosto przez rozumu, płaczą ino...
Hanka, chwyciwszy jeno zapaskę na głowę, w dyrdy pobiegła, ludzie zaś, rychło zwiedziawszy
się o nieszczęściu, gęsto ciągnęli za nią.
Jakoż prawda się okazała: z chałupy Stachowej zostały tylko ściany, ino barzej jeszcze
pogięte i w ziemię wbite; dachu nie było całkiem, tyle co jakieś nadłamane krokwie chwiały
się nad szczytem; komin też się zwalił, że ostał z niego niewielki osztych, kiej ten ząb wypróchniały
sterczący; ziemię dokoła zaścielały potargane snopki a rupiecie potrzaskane.
Weronka zaś siedziała pod ścianą na kupie zwalonych rzeczy i ogarniając rękoma rozpłakane
dzieci, ryczała w głos.
Przypadła do niej Hanka, ludzie też kołem otoczyli pocieszając, ale nie słyszała nic i nie
widziała zanosząc się coraz cięższym szlochaniem.
- O sieroty my biedne, sieroty nieszczęśliwe!... - jęczała boleśnie, że niejednej łzy się
puszczały z żalu.
- I gdzie się podziejem nieszczęśliwe? kaj głowy przytulim? kaj pójdziem?!... - krzyczała
bez pamięci przytulając dzieci.
A stary Bylica, skurczony i siny kiej trup, obchodził wciąż rumowiska i kury zganiał do
kupy, to krowie uwiązanej do trześni kłak siana podrzucał albo przykucał pod ścianą, gwizdał
na psa i patrzał na ludzi kiej ten głupi...
Myśleli, że rozum do cna stracił.
Naraz poruszyli się wszyscy, rozstępując a chyląc pokornie do ziemi, bo proboszcz ano
nadszedł niespodziewanie.
- Ambroży dopiero co powiedział mi o tym nieszczęściu. Gdzież Stachowa?
Odsłonili ją, w bok się odsuwając, ale ona nic nie dojrzała przez płacz.
- Weronka, dyć sam dobrodziej przyszli! - szepnęła jej Hanka.
Zerwała się wtedy, a spostrzegłszy księdza przed sobą rymnęła mu do nóg wybuchając
płaczem jeszcze jękliwszym i barzej zawodzącym.
- Uspokójcie się, nie płaczcie!... cóż poradzić?... wola Boża... no, mówię: wola Boża! -
powtórzył, ale tak wzruszony, że sam ukradkiem łzy ocierał.
- Na żebry przyjdzie nam iść, na żebry, w cały świat!
- No, nie krzyczcie, dobrzy ludzie nie pozwolą wam zginąć i Pan Bóg was w czym innym
zapomoże. Nie potłukło was? co?