Chmurno było na świecie i ciemno, choć spokojnie; młyn jeno turkotał zawzięcie, a po
chałupach prawie do północka świeciło się w oknach, że kładły się światła na drogach, a kajś
niekaj aż na stawie się trzęsły wraz z wodą: majstrowali ano świąteczne przyodziewy i kończyli
jeszcze roboty.
Sobota zaś przyszła całkiem ciepła i mgłami rzadkimi otulona, ale tak jakoś weselnie
było na świecie, że naród, chociaż po ciężkiej pracy wczorajszej, żwawo się podnosił do nowych
utrudzeń i turbacji.
A przed kościołem wnet się zatrzęsło od przekrzyków i biegów, bo jak to było we zwyczaju
odwiecznym, w każdą Wielką Sobotę zebrali się zaraz rankiem chować żur i grzebać
śledzia, jako tych najgorszych trapicieli przez Wielki Post. Nie było parobków ni starszych, to
zmówiły się na to same chłopaki, jeno z Jaśkiem Przewrotnym na czele, porwali gdziesik
wielki garnek z żurem, do którego jeszcze dołożyli różnych paskudności.
Witek dał się namówić i poniósł garnek na plecach w siatce od serów, drugi zaś chłopak
wlókł pobok na postronku śledzia, wystruganego z drzewa. Żur ze śledziem szły w parze
przodem, a za nimi całą hurmą reszta, grzechocąc, kołatając a wrzeszcząc, co ino gardzieli
starczyło. Jasiek wiódł wszystkich, bo chociaż głupawy był i niemrawa, ale do psich figlów
głowę miał i sprawność. Obeszli w procesji cały staw i koło kościoła skręcali już na topolową
drogę, kaj się to miał odbyć pochowek, gdy wtem Jasiek walnął łopatą w garnek, że rozleciał
się w kawałki, a żur z onymi różnościami polał się po Witku.
Uciecha zapanowała, że aż przysiadali na drodze, ale Witek się zeźlił i prosto z gołymi
rękoma rzucił się na Jaśka, pobił się i z drugimi; aż wyrwawszy się poleciał z rykiem do chałupy.
Dołożyła mu jeszcze Hanka od siebie za zniszczony całkiem spencerek i w las pognała
po borowinowe gałązki i wąsy zajęcze.
Jeszcze się z niego ześmiał Pietrek, a i Józka nie pożałowała, pilnie wysypując szerokie
opłotki, aż do drogi, piaskiem, przywiezionym spod cmentarza, bo tam był najżółciejszy; wysypała
też cały zajazd przed gankiem i ścieżka pod okapem, że jakby opasała chałupę w żółtą
wstęgę.
A w Borynowej izbie już się wzięli szykować święcone.
Izba była wymyta i piaskiem wysypana, okna czyste i ściany, a obrazy omiecione z pajęczyn,
Jagusine zaś łóżko pięknie chustką przykryte.
Hanka z Jagusią i Dominikową, choć nie mówiły prawie z sobą, ustawiły pod szczytowym
oknem, w podle Borynowego łóżka, duży stół, nakryty cieniuśką, białą płachtą, której
wręby oblepiła Jagusia szerokiem pasem czerwonych wystrzyganek. Na środku, z kraja od
okna, postawili wysoką Pasyjkę, przybraną papierowymi kwiatami, a przed nią na wywróconej
donicy baranka z masła, tak zmyślnie przez Jagnę uczynionego, że kiej żywy się widział:
oczy miał ze ziarn różańcowych wlepione, a ogon, uszy, kopytka i chorągiewkę z czerwonej,
postrzępionej wełny. Dopiero zaś pierwszym kołem legły chleby pytlowe i kołacze pszenne z
masłem zagniatane i na mleku, po nich następowały placki żółciuchne, a rodzynkami kieby
tymi gwoździami gęsto ponabijane; były i mniejsze, Józine i dzieci, były i takie specjały z
serem, i drugie jajeczne cukrem posypane i tym maczkiem słodziuśkim, a na ostatku postawili
wielką michę ze zwojem kiełbas, ubranych jajkami obłupanymi, a na brytfance całą świńską
nogę i galanty karwas głowizny, wszystko zaś poubierane jajkami kraszonymi, czekając jeszcze
na Witka, by ponatykać zielonej borowiny i tymi zajęczymi wąsami opleść stół cały.
A tyle co skończyły, sąsiadki jęły z wolna znosić swoje na miskach, niecułkach a donicach
i ustawiać je na ławie pobok stołu, gdyż ino w kilku chałupach co przedniejszych gospodarzy
zbierać się ze święconym ksiądz nakazywał, że mu to czasu brakowało chodzić po