Patrzyli na niego ze zdumieniem i zgrozą, a z często gęsto usłyszał przykre słowo i odebrał
takie spojrzenie, jako ten pies, któren się tam ciśnie, gdzie go nie wołają. Ale Kuba nic
sobie z tego dzisiaj nie robił; ściskał w garści pieniądz, a duszę miał pełną słodkości i dobroci,
jakoby po spowiedzi się czuł abo zasie i lepiej.
Zaczęło się nabożeństwo.
Uklęknął przy samej kracie i śpiewał z innymi, zapatrzony pobożnie w ołtarz, gdzie u góry
był Bóg Ociec, siwy Pan i srogi, rychtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w
pośrodku sama Częstochowska w złocistym obleczeniu patrzyła na niego... a wszędy lśniła się
pozłota, jarzyły się świece i stały bukiety papierowych czerwonych kwiatów... a ze ścian i z
okien kolorowych wychylały się złote obręcze i święte, surowe twarze, i smugi złota, purpury,
fioletu niby tęcza padały na jego twarz i głowę, całkiem jakby się unurzał w stawie przed zachodem,
kiedy .słońce bije w wodę. I poczuł się jakoby w niebie w tych ślicznościach, że ruchać
się nie śmiał, ino klęczał wpatrzony w czarniawą, słodką, matczyną twarz
.Częstochowskiej, ino mówił pacierz za pacierzem spieczonymi wargami, a potem ino śpiewał
tak żarliwie, tak ze wszystkich sił duszy wierzącej, tak sercem pełnym ekstazy, że jego
zaschły, skrzypiący głos rozlegał się najdonośniej.
- Beczycie, Kuba, kiej ta koza żydowska! - szepnął mu ktoś z boku.
- La Pana Jezusa i tej Panienki... - mruknął, przerywając, bo się kościół uciszył. Ksiądz
wszedł na ambonę, i wszyscy zadarli głowy i wpatrywali się w dobrodzieja, któren w białej
komży pochylił się nad narodem i czytał Ewangelię - a światła i farby biły na niego z okien,
że widział się wszystkim jako ten anioł płynący na tęczy... Ksiądz mówił długo i tak mocno,
że jaki taki westchnął skruszonym sercem, niejednemu łzy pociekły, a któren znów zasie
spuszczał oczy i kajał się w sumieniu - i obiecywał poprawę... A Kuba patrzył w dobrodzieja,
jak w obraz święty, i aż mu dziwno było, że to ten sam dobry pan, co mówił do niego i dał mu
złotówkę bo teraz wyglądał jak archanioł na ognistym wozie brzasków, twarz mu pobladła,
oczy ciskały błyskawice, gdy zaczął podnosić głos i wypominać narodowi grzechy wszelkie,
a skąpstwo, a pijaństwo, a rozpustę, a czynienie szkód, nieszanowanie starszych, bezbożność!
I wołał wielkim głosem o upamiętanie się, błagał, zaklinał, prosił - aż Kuba nie wytrzymał i
jął się trząść w sobie z winy tych wszystkich grzechów, z żalów, ze skruchy i ryknął głośnym
płaczem, a za nim naród cały: kobiety, gospodarze nawet, że płacz się uczynił w kościele,
chlipanie, wycieranie nosów, a gdy ksiądz z pokutną modlitwą zwrócił się do ołtarza i padł na
kolana - jęk przeleciał kościół, i naród, jak las przygięty wichurą, runął twarzami na podłogę,
aż kurz się podniósł i niby obłokiem osłonił te serca skruszone i łzami, westchnieniami, krzykiem
wołające do Pana o zmiłowanie.
A potem cichość zapadła, cichość rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zaczęła
się suma - organy huczały zgłuszonym, pokornym a głębokim głosem aż dusza Kuby
zamierała z lubości i szczęścia nieopowiedzianego...
A potem głos księdza podnosił się z nagła od ołtarza i płynął nad pochylonymi głowami
strugą brzmień przenikających i świętych; to dzwonki krótką salwą dźwięczały, to dymy kadzideł
biły pachnącymi słupami i niby obłokiem pokrywały klęczących i rozmodlonych - a
Kubę napełniały taką rozkoszą, aż wzdychał ino, rozkładał ręce, bił się w piersi i zamierał z
tej słodkiej niemocy, a szmery modlitw, westchnienia, nagłe wykrzyki i jęki gdzieniegdzie,
gorące oddechy, światła, dymy, głos organów zatapiały go jakoby w świętym śnie, jakoby w
zapamiętaniu.
- Jezus! Jezus mój kochany! - szeptał olśniony i nieprzytomny, a złotówkę mocno dzierżył
w garści, bo gdy po Podniesieniu Jambroży zaczął obchodzić z tacką i pobrzękiwać, by