już całkiem odpędzała od siebie, na kogo innego rachując. Józka ugaszczała je, jak ino mogła,
plackiem jajecznym a kiełbasą.
Nastusia rej wiedła, jako najstarsza i że to najbardziej się przekpiwała z chłopaka, co to
był niezguła, a siarczystego parobka chciał udawać. Stojał właśnie przed wszystkimi, w pasiastych
portkach, w nowym spencerku i w kapelusie na bakier, ujął się pod boki, a ze śmiechem
powiadał:
- Musita o mnie stoić, bom sam jeden parobek we wsi!
- Nie bój się, za krowami dyrdać ma kto jeszcze!
- Pokraka jedna, do skrobania ziemniaków sposobny!
- Dzieciom nosy obcierać! - wrzeszczały jedna przez drugą, rozgłośnym śmiechem wybuchając,
ale Jasiek się nie stropił, strzyknął śliną przez zęby i rzekł:
- O takie głupie skrzaty nie stoję!... Gęsi wama paść jeszcze!
- Sam łoni za krowim ogonem tańcował, a tera parobka udaje...
- I co dnia portki gubił, tak przed bykiem uciekał.
- Ożeń się z Magdą od Jankla, ta ci pasuje w sam raz.
- Żydowskie bachory niańczy, to i tobie nos będzie umiała ucierać.
- Albo z Jagatą, to ją na odpusty poprowadzisz - rzucały w niego szydliwie.
- A jakbym do której z wódką posłał, to by się do Częstochowy ochfiarowała i wszystkie
piątki suszyła z radości! - odpowiedział.
- A pozwoli ci to matka, kiejś w chałupie potrzebny do mycia garnków i macania kur! -
zawołała Nastka.
- Bo się ozgniewam i pójdę do Marysi Balcerkówny!
- Idź, już tam Marysia czeka na cię z pomietłem albo czymś gorszym...
- A niech cię jeno dojrzy, to zaraz pieski pospuszcza.
- I nie zgub czego po drodze! - śmiała się Nastuś pociągając go ździebko za portki, bo
miał wszystką przyodziewę kiejby na wyrost.
- Po dziadku dodziera buciarów.
- Kamizelę ma ze wsypy, co ją to świnie podarły.
Leciały słowa kiej grad wraz ze śmiechem; śmiał się zarówno i skoczył, by Nastkę wpół
ująć, ale mu któraś podstawiła nogę, że runął jak długi pod ścianę, nie mogąc powstać, bo go
wciąż popychały.
- Dajta mu spokój, jakże... - przyciszała Józka pomagając mu wstać, bo choć niedojda,
gospodarskim był synem i jej powinowatym przez matkę.
A potem zabawiali się w ślepą babkę.
Jaśka na nią obrały i zawiązawszy mu oczy, ustawiły go wprost ganku rozbiegając się naraz
z krzykiem na wsze strony kiej wróble. Pogonił za nimi z rozczapierzonymi rękoma natykając
się co trocha na płoty i ściany; kierował się za śmiechami, ale niełacno którą przychwycił,
bo śmigały kole niego kiej jaskółki, potrącając w przelocie, że zatętniało przed chałupą,
jakby to stado źrebaków przeganiał po grudzi, a piski, wrzawa, śmiechy się zatrzęsły, aż na
całą wieś się rozlegało.
Mrok już gęstniał, zorze się dopalały i zabawa trwała w najlepsze, kiej naraz w podwórzu
buchnął wrzask kurzy.
Józka poleciała tam w te pędy.
Witek stojał pod szopą chowając cosik za siebie, a Gulbasiak przywarował za pługami, że
mu ino łeb się bielił.
- Nic, Józia... nic... - szeptał pomieszany.