słyszeli, że zbiera na światło, Kuba powstał, rzucił mocno pieniądz i długo, jako że tak czynili
gospodarze, wybierał sobie reszty dwadzieścia i sześć groszy.
- Bóg zapłać - usłyszał z lubością.
I kiedy roznosili świece, bo nabożeństwo było z wystawieniem i procesją, Kuba wyciągnął
śmiało rękę, i chociaż okrutnie chciało mu się wziąć całą - wzion jednako najmniejszą,
ogarek prawie, bo spotkał się z surowym, karcącym wzrokiem Dominikowej, co stała w podle
niego z Jagusią - zapalił ją wnet, bo już i ksiądz ujął monstrancję, obrócił się z nią do ludu, że
padli na twarz. Zaintonował pieśń i schodził wolno po stopniach ołtarza w ulicę z nagła uczynioną
z głów rozśpiewanych, świateł płonących, barw ostrych i głosów jękliwych; procesja
ruszyła, organy huknęły potężnie, dzwonki poczęły rytmicznie dzwonić, lud pochwycił wtór i
śpiewał jednym ogromnym głosem wiary; a przodem ciżby, w skrętach rozchwianych świateł,
migotał srebrny krzyż, kołysały się niesione feretrony, całe w tiulach a kwiatach i koronach
szychowych, a już we drzwiach wielkich, którymi przez obłoki dymów kadzielnych buchało
słońce, rozwijały się na wietrze pochylone chorągwie i niby ptaki purpurowe i zielone łopotały
skrzydłami.
Procesja obchodziła kościół.
Kuba osłaniał dłonią świecę i trzymał się uparcie tuż przy księdzu, nad którym Boryna i
kowal, i wójt, i Tomek Kłąb nieśli czerwony baldachim, a spod niego promieniała monstrancja
złota i tak była cała w ogniach słońca, że przez środek szklany widać było bladą, przeźroczystą
Hostię świętą...
Tak był nieprzytomny, że raz w raz się potykał i nadeptywał drugim na nogi.
- Uważaj, niedojdo!
- Pokraka, kulas jeden! - rzucali mu, poszturchując nierzadko.
Nie słyszał nic z tego; śpiew ludu brzmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak
fala, zda się, płynął i bił w słońce blade; dzwony huczały nieustannie śpiżowymi ustami, aż
trzęsły się lipy i klony, i raz w raz jakiś czerwony liść odrywał się i niby ptak spłoszony spadał
na głowy, a wysoko, wysoko nad procesją, nad czubami drzew pochylonych, nad wieżą
kościoła krążyło stado gołębi zestraszonych...
A po nabożeństwie naród wysypał się na smętarz przykościelny; wyszedł i z innymi Kuba,
ale się dzisiaj nie śpieszył do domu, chociaż wiedział, że będzie na obiad mięso z tej dorzniętej
krowy - nie, postawał, pogadywał ze znajomkami, a przysuwał się do swoich gospodarzy,
bo i Antek z żoną stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedzielę po sumie zwyczajnie.
A w drugiej gromadzie, co się już była skupiła za wrotniami na drodze, rej wodził kowal,
duży chłop, ubrany już całkiem z miejska, bo w czarnej kapocie, pokapanej woskiem na plecach,
i w granatowym kaszkiecie, spodnie miał na buty i srebrną dewizkę na kamizelce; twarz
miał czerwoną i rude wąsy, i włosy pokręcone; rajcował donośnie a pośmiewał się, że aż rechotał,
bo wykpis to był na całą wieś, że niech Bóg broni dostać mu się na jęzór. Boryna ino
strzygł oczami ku niemu a nadsłuchiwał, bo się bojał jego gadania, że to nawet rodzonemu
kowal nie przepuścił, a cóż dopiero teści, z którym był w wojnie o wiano żonine - ale nic nie
wymiarkował, bo mu się nawinęły pod oczy Dominikowa z Jagną, wychodzące z kościoła -
szły wolno, jako że i gęsto było narodu na smętarzu, i że się witały to z tym, to z owym i pogadywały
słowem niektórym, bo chociaż wszystkie były sobie znajome a pokumane i powinowate
i z wsie jednej, że często ino bez płot libo o miedzę siedzieli - a zawżdy pogwarzyć
przed kościołem miło jest i potrzeba... Dominikowa rozwodziła się cichym, nabożnym głosem