rozlew, świat przygasał.
- I to wszystko prawda, co tam pokazane? - przystanęła.
- Wszystko, Jaguś, wszystko.
Jezu, takie wody wielgachne, takie światy, że uwierzyć trudno.
- Są, Jaguś, są! - szeptał coraz ciszej zaglądając jej w oczy z tak bliska, że wstrzymała
oddech, dreszcz ją przeszedł i podała się piersiami naprzód, czekała, iż ją obejmie i do pnia
przyprze, jaże ramiona się jej ozwarły i gotowa się była dać, ale Jasio odsunął się śpiesznie.
- Muszę iść prędzej, dobranoc Jagusi! - i poleciał.
Z dobry pacierz przestojała, nim się poredziła ruszyć z miejsca.
- Urzekł me czy co! - myślała wlekąc się ociężale, mąt jakiś miała w głowie, ciągotki ją
rozbierały.
Wieczór się robił, światła błyskały tu i owdzie, a z karczmy roznosiło się granie i przytłumione
rozmowy.
Zajrzała przez okno do izby rozświetlonej: pan Jacek stojał w pośrodku i rznął na skrzypcach,
zaś przed szynkwasem kolebał się Jambroży, krzykliwie cosik rozpowiadał komornicom,
często po kieliszek sięgając.
Naraz ktosik ją wpół krzepko ujął, że krzyknęła kurcząc się i wydzierając.
- Przydybałem cię i nie puszczę... napijem się ździebko... pódzi... - szeptał wójt nie zwalniając
z pazurów i pociągnął ją bocznymi drzwiami do alkierza.
Nikto nie dojrzał, bo już prawie ciemno było na świecie i mało kto przechodził drogą.
Wieś już przycichała, milkły gwary i pustoszały opłotki, naród rozchodził się po chałupach,
dobiegały święta i dni słodkich wczasowań, powszednie jutro stojało za progiem i w
mrokach ostre kły szczerzyło, że niejedną duszę lęk ściskał i turbacje obsiadały na nowo...
Posmutniała wieś i przygłuchła, jakby do ziemi barzej przywierając i tuląc się w sady
oniemiałe, jeszcze tam kajś niekaj siedzieli na przyźbach dojadając święcone i z cicha gwarząc,
gdzie zaś spać się rychlej wybierali, pieśnie pobożne przyśpiewując.
Tylko u Płoszkowej rojno było i gwarno, zeszły się były sąsiadki, a obsiadłszy ławy, poredzały
godnie między sobą. Wójtowa na pierwszym miejscu siedziała, zaś pobok pękata,
wyszczekana Balcerkowa swojego dowodziła; była i chuda Sikorzyna, była i jazgocząca cięgiem
Borynowa, stryjeczna chorego, była i kowalowa z najmłodszym przy piersi, ugwarzająca
się z pobożną, cichą sołtysową, i drugie były co najpierwsze we wsi.
Siedziały napuszone i odęte kiej kwoki w barłogu, a wszyćkie we świątecznych sutych
wełniakach, w chustkach, lipecką modą do pół pleców opuszczonych, w czepcach kiej koła
bieluchne, a rzęsiście skarbowane nad czołami, we fryzkach po uszy nastroszonych, na które
tyle korali nawiesiły, ile która miała. Zabawiały się galanto. gęby z wolna czerwieniały i
kuntentność rozpierała, poprawiały pilnie wełniaków, by się nie przygnietły, i już jęły do się
przysiadać coraz bliżej, a ciszej poredzać bierąc się wzajem na ozory.
A kiej kowal się jawił, powiedał, co prosto z miasta wraca, na dobre się rozweseliły.
Chłop był wyszczekany, jak mało któren, że zaś był już zdziebko napity, to jął wycyganiać
takie rzeczy do śmiechu, jaże za boki się brały; izba się zatrzęsła, on zaś śmiał się najgłośniej,
jaże ten jego rechot słychać było u Borynów.
Długo se używali, bo coś trzy razy Płoszkowa po gorzałkę posyłała do Żyda.
Zaś u Borynów jeszcze siedzieli przed chałupą. Hanka wstała i otulona w kożuch, gdyż
ziąb wziął po zachodzie, była z drugimi.
Póki dnia starczyło, Rocho im czytał z książki, że nieraz Hanka, rozglądając się, przykazywała
cicho Józce:
- Wyjrzyj no na drogę...