o dobrodzieju, a Jagna rozglądała się po ludziach, jako że wzrostem równa była i chłopom
najroślejszym, a strojna dzisiaj była, że aż oczy rwała parobków, co się w kupę zbili przed
wrótniami, na drodze, kurzyli papierosy i szczerzyli do niej zęby. Bo i urodna była, i strojna, i
takiej postury, że i drugiej dziedzicównie z nią się nie mierzyć.
Dziewuchy ano i kobiety żeniate, przechodzące mimo spozierały na nią z zazdrością abo
i zgoła przystawały w podle, abych nasycić oczy tym jej wełniakiem pasiastym i sutym, co
jak tęczą mazurską mienił się na niej, to na jej czarne trzewiki wysokie, zasznurowane aż po
białą pończochę czerwonymi sznurowadłami, to na gorset z zielonego aksamitu, tak wyszyty
złotem, że aż się w oczach mieniło, to na sznury bursztynów i korali, co otaczały jej, białą,
pełną szyję - pęk różnobarwnych wstążek zwieszał się od nich na plecach i gdy szła, wił się
za nią niby tęcza.
Ale Jagna nie widziała zazdrosnych spojrzeń, błądziła modrymi oczami po głowach i
natknąwszy się na wlepione w siebie oczy Antka, oblała się rumieńcem i pociągnąwszy matkę
za rękaw, ruszyła przodem, nie czekając. .
- Jagna, poczekaj! - krzyknęła za nią matka witając się z Boryną.
Zatrzymała się na drodze, bo i parobcy hurmem ją otoczyli i poczęli witać a przymawiać
złośliwie Kubie, któren szedł za nią, wpatrzon kieby w obraz.
Splunął jeno i powlókł się do domu, bo i gospodarze już ciągnęli, i trza było zajrzeć do
koni.
- Całkiem kiej na tym obrazie! - zawołał bezwiednie, siedząc już w ganku.
- Kto, Kuba? - pytała Józia, szykująca obiad.
Spuścił oczy, bo wstyd mu się zrobiło i strach, żeby nie poznali.
Ale że obiad był syty a długi, to i wrychle zapomniał; bo mięso było, była i kapusta z
grochem, był i rosół z ziemniakami, a na amen postawili niezgorszą miseczkę kaszy jęczmiennej,
uprażonej ze słoniną.
Jedli wolno, poważnie i w milczeniu, dopiero kiej zasycili pierwszy głód, jęli pogadywać
i smakować w jadle...
Józia, że to ona dzisiaj była za gospodynią, to ino przysiadała czasami na kraju ławki,
pojadała spiesznie, a pilnie baczyła, czy warza nie schodzi, by przynieść z izby garnki i dołożyć,
by nie powiedzieli, że w misce dnieje.
A obiadowali na ganku, że to czas był cichy i ciepły.
Łapa kręcił się i skamlał, to obcierał się o nogi jedzących, zazierał do misek, aż mu raz w
raz ktoś rzucił kostkę jaką, z którą uciekał pod przyzbę, abo zasie ucieszon obecnością gospodarzy
i że wspominano jego imię, szczekał radośnie i gonił za wróblami, co się były wieszały
po płotach, oczekując na okruszyny.
A drogą często ktoś przechodził i pozdrawiał jedzących, że hurmem odpowiadali.
- Pono ptaszki nosiłeś dobrodziejowi? - zagadnął Boryna.
- Nosiłem, nosiłem! - Położył z nagła łyżkę i jął opowiadać, jaku go to ksiądz wezwał na
pokoje, jaku tam piękne, że tyla księgów.
- Kiedy tu un wszystkie przeczyta? - ozwała się Józia
- Kiedy? A wieczorami! Chodzi se po pokojach, popija arbatę i cięgiem czyta.
- Musi być... nabożne wszyćkie - wtrącił Kuba
- Przeciech nie lementarze.
- A gazety to co dnia stójka przynosi - dorzuciła Hanka.
- Bo w gazetach piszą, co się dzieje we świecie... ozwał się Antek.
- I kowal z młynarzem trzymają gazetę.