ledwie się trzymał na nogach, zaczął wrzeszczeć i wyganiać ludzi, bych na pomoc lecieli
dworowi.
Ale nikt się z tym nie śpieszył, a jeno zły pomruk zerwał się w ciżbie:
- Niechaj chłopów puszczą, to polecą ratować!
I nie pomogły klątwy ni groźby, ani nawet proboszczowe płaksiwe błagania: naród stojał
nieporuszony i w ogień ponuro patrzał.
- Psiekrwie paroby dworskie! - zakrzyczała Kobusowa pięścią grożąc.
Że tylko wójt wraz ze sołtysem i kowalem pojechali do ognia, i to z gołymi rękoma, gdyż
ani bosaków, ni wiader nie pozwolili zabierać z chałup.
- Kijami tego, któren ruszy! Na stracenie ścierwę! - zawrzeszczały jak jedna.
A cała wieś się już zebrała, do najmłodszych, co je rozkrzyczane na ręku przyhuśtywali, i
kłębili się wielką, ponurą ciżbą, że mało kto się odzywał, a i to szeptem, paśli jeno chciwe
oczy i wzdychali, bo w każdym sercu krzewiły się przytajone srogo radoście, że to za lipeckie
krzywdy Pan Bóg dziedzica ogniem pokarał.
Do późna w noc się paliło, a nikto do dom nie poszedł: czekali cierpliwie końca, że to już
jedno morze ognia przewalało się nad folwarkiem i biło spiętrzonymi falami w niebo, zapalone
snopki z dachów i gonty roznosiły się krwawym deszczem, a od czerwonych łun, co jak
ogniste płachty wiewały w ciemnościach, zrumieniły się czuby drzew i dachy młynicy zaś
staw jakby kto potrząsł bladym zarzewiem.
Turkoty wozów, krzyki łudzi, ryki, straszna groza zniszczenia biły z pożaru, a wieś wciąż
stała, jakby ten żywy mur w ziemię wrosły, a pasący oczy i dusze odemstą...
Zaś od karczmy rozlegał się ochrypły głos pijanego Jambroża:
Dziś Maryś moja, Maryś!
Da dobre piwo warzysz!
ROZDZIAŁ 6
Na taką dziwną wieść Hanka aż się uniesła z pościeli, że Jagustynka przechwyciła ją
jeszcze w porę i do poduszek przygnietła.
- Dyć się nie ruchajcie, nie pali się nikaj!
- Bo taką rzecz powiedzieli, jakby im we łbie zamroczyło; przemyjcie sobie ciemię święconą
wodą, to wama dur przejdzie.
- Nie, Hanuś, rozum swój mam i prawdę rzekłem, jako pan Jacek od wczoraj siedzi wraz
ze mną... juści... - jąkał Bylica przyginając się do kichania po tęgim zażyciu.
- Widać już do cna ogłupiał! Obaczcie; czy nie wracają, dziecko mi zagłodzą.
- Od kościoła nikogój jeszcze nie widno! - objaśniła po chwili Jagustynka, znowu zabierając
się do uprzątania izby, posypując ją piaskiem.
Stary kichał zawzięcie raz po razie, że aż na ławie przysiadł.
- Trąbicie kiej w mieście na rynku!
- Bo krzepka tabaka pana Jackowa, całą paczkę mi dał... całą...
Rano jeszcze było, oknem zazierało jasne i ciepłe słońce drzewa się w sadzie chwiały od
wiatru, zaś przez wywarte drzwi do sieni cisnęły się pogięte gęsie szyje i czerwone, syczące
dzioby, a całe stado utaplanych w błocie i piszczących gąsiąt skrabało się na próg wysoki.
Naraz pies gdziesik zawarczał, że gęsi podniosły krzyk, a kwoki siedzące na jajach gdakać