każdej gardzieli się wydzierał.
Dzień dopiero co wstał, na wieś już wrzała kiejby na odpuście; dzieci wylatywały z krzykiem
na drogi, trzaskały drzwi, kobiety odziewały się na progach, już wypatrując tęskliwie
wskroś drzewin rozkwitłych i szarugi przysłaniającej dalekości.
- Wszystkie wracają! Gospodarze, parobcy, chłopaki, wszystkie! Już idą! Już wyszli z lasa,
już są na topolowej! - wołali na przemiany i ze wszystkich progów darły się krzyki, a co
gorętsze wybiegały kiej oszalałe; gdzie już płacz się rozlegał i tętenty biegnących naprzeciw...
Jeno trepy kłapały i błoto się otwierało, tak wyrywali za kościół na topolową - ale na długiej,
zadeszczonej drodze jeno mętne kałuże stały i siwiły się koleiny, głęboko wyrznięte.
Ni żywej duszy nie wypatrzył pod sczerniałymi od pluchy topolami.
Choć srodze zawiedzeni, bez namysłu i w dyrdy rzucili się na drugi koniec wsi, za młyn,
na drogę od Woli, boi tamtędy mogli powracać.
Hale cóż, kiej i tamój było pusto! Deszcz zacinał przysłaniając szarą kurzawą szeroki,
wyboisty gościniec; gliniaste wody rowami waliły, w bruzdach burzyła się woda i drogą też
szorowały strugi spienione, a rozkwitłe ciernie, brzeżące zielonawe pole, skulały zziębłe
kwiaty.
Wrony kołują górą, to plucha przejdzie! - rzekła któraś próżno wypatrując.
Posunęli się jeszcze ździebko, gdyż od spalonego folwarku ktosik zamajaczył na drodze i
ku nim się zbliżał.
Dziad to był ślepy i wszystkim znany; pies, któren go wiódł na sznurku, zaszczekał zajadle
i jął się ku nim rwać, ślepiec zaś nasłuchiwał pilnie, kij gotując ku obronie, ale dosłyszawszy
rozmowy przyciszył pieska i pochwaliwszy Boga rzekł wesoło:
- Miarkuję, co to lipeckie ludzie... hę? I coś sporo narodu...
Dziewczyny go obstąpiły i nuże rozpowiadać jedna przez drugą.
- Sroki me opadły i wszystkie naraz skrzeczą! - mruknął nasłuchując uważnie na wsze
strony, gdyż cisnęły się z bliska.
Kupą już wracali, dziad w pośrodku wlókł się huśtający na kulach i nogach pokręconych,
wypierał naprzód ogromną, ślepą twarz.
Policzki miał czerwone i spaśne, oczy bielmem zasnute, brwie siwe i krzaczaste, nochal
kiej trąbę, a brzucho niezgorzej wzdęte.
Cierpliwie słuchał, aż wymiarkowawszy przerwał im trajkoty:
- Z tymem i śpieszył do wsi. Niechrzczony jeden powiedział mi w sekrecie, co Lipczaki
dzisiaj wracają z kreminału! Wczoraj mi rzekł, myślę sobie, jutro do dnia skoczę i pierwszy
dam znać. Jakże, szukać takiej wsi jak Lipce! A które to wpodle drepcą? - bo nie poredzę po
samym głosie rozeznać?!
- Marysia Balcerkówna!... Nastka Gołębiów!... Ulisia sołtysowa!... Kłębowa Kasia!... Sikorzanka
Hanusia! - wołały wszystkie.
- Ho! ho! sam ci to kwiat pannowy wyszedł! Widzi mi się, co wam było pilno do parobków,
a dziadem musita się kontentować!... he?
- A nieprawda! po ojców wyszlim - zawrzeszczały.
- Loboga, dyć ślepy jezdem, ale nie głuchy! - aż baranicę głębiej nacisnął.
- Powiedziały we wsi, że już idą, tośmy wyleciały naprzeciw!
- A tu nikaj nikogo!
- Jeszczek za wcześnie; dobrze, by na połednie zdążyli gospodarze, bo chłopaki to może i
do wieczora nie ściągną...
- Jakże; razem ich puszczą, to i razem przyjdą!
- A może się w mieście zabawią? mało to tam pannów?... cóż to im za niewola do waju