- Antek, Antek! - wołała za nim żałośnie, ale ani się odwrócił.
Obwinęła chłopaka i popłakując szła miedzami z powrotem do domu; ciężko jej było na
sercu - ani pogadać ani wyżalić się przed kim na dolę swoją. A to człowiek żyje cięgiem jak
ten samson, że nawet do sąsiadów pójść nie pójdzie i pogadaniem serca nie ucieszy. Dałby jej
Antek kumy! Nic, ino siedź w chałupie a haruj, a zabiegaj, a jeszcze słowa dobrego nie usłyszysz!
Inne do karczmów chodzą a na wesela... a ten Antek... bo to mu dogodzić można?...
Czasem taki, że i do rany przyłóż... to znowu całe tygodnie ledwie bąknie jakie słowo i ani
spojrzy... nic, jeno medytuje a medytuje... Prawda, że ma i o czym! Bo i ten ociec nie mógłby
to już gront im odpisać, nie czas to staremu iść na wycug? A dyć dogadzałaby mu, że i rodzonemu
nie byłoby u niej lepiej...
Chciała przysiąść do Kuby, ale przypiął się plecami do brogu i udawał, że śpi, choć mu
słońce świeciło prosto w oczy, dopiero gdy zniknęła za węgłem stodoły, podniósł się, otrzepał
ze słomy i wolno jął się przebierać pod sadami ku karczmie... paliła go ano ta złotówka...
A karczma stała na końcu wsi, za plebanią, na początku topolowej drogi.
Ludzi było mało co; muzyka czasem pobrzękiwała, ale nikto nie tańcował jeszcze, za rano
było, i młodzi woleli gzić się w sadzie albo wystawać na podjeździe i pod ścianami, gdzie
na świeżych, żółtych jeszcze belkach siedziało sporo dziewczyn i kobiet, a w wielgiej izbie z
czarnym, okopconym pułapem pusto prawie było, małe przepalone szybki przesiewały czerwone
przedzachodnie światło tak słabo, że ino smuga leżała na powybijanej podłodze, a w
kątach mrok zalegał. Jakieś ludzie siedzieli za stołami pod ścianą, ale rozeznać nie rozeznał,
kto taki?
Jeden Jambroży z brackim od światła stojał pod oknem z buteleczką w garści - przepijali
gęsto do siebie i pogadywali...
Basy buczały jako ten bąk, kiej się wedrze do izby ze dworu i lecący huczy... a czasem
skrzypka z nagła zapiskała cienko jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobrzękiwał...
ale wnet cichość zalegała.
Kuba poszedł prosto do szynkwasu, za którym siedział Jankiel w jarmułce i w koszuli
tylko, bo ciepło było, pogłaskiwał siwą brodę, kiwał się i wyczytywał w książce, przykładając
oczy prawie do samych kart.
Kuba się namyślał, przestępował z nogi na nogę, przeliczał pieniądze, podrapywał się po
kołtunach i stał tak długo, aż Jankiel spozierał na niego i nie przestając się kiwać i modlić,
brzęknął raz i drugi kieliszkami...
- Półkwaterek, ino krzepkiej! - zarządził wreszcie.
Jankiel w milczeniu nalewał i lewą rękę wyciągał po pieniądze...
- W szkło? - zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.
- Juści, że nie w but!...
Usunął się na sam koniec szynkwasu, wypił pierwszy kieliszek, splunął i jął poglądać po
karczmie; wypił drugi, przyjrzał się buteleczce pod światło, stuknął nią mocno.
- Dajcie no drugi i machorki! - rzekł śmielej, bo błoga ciepłość go przejęła po gorzałce i
dziwna moc rozlała mu się po kościach.
- Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?
- Gdzieby... Nowy Rok to?
- Może dolać araku?
- Ale... nie chwaci... - Przeliczył pieniądze i żałośnie spojrzał na flaszkę araku.