Długi a luby dygot zatrząsł wszystkim, co znowu się budziło do życia zaś gdziesik z ziemie,
ze dna wszelkiego stworzenia buchnął niemy krzyk i jak głucha błyskawica przeleciał
nad światem, jak kiedy człowieczą duszę w twardym śpiku zmora dusi, że targa się, stracha,
zamiera, aże raptem oczy ozewrze na słoneczną światłość i krzykiem szczęsnego oniemienia
dzień wita i to, że między żywymi jest jeszcze, niepomna, jako to nowy dzień trudów a boleści,
jak wczoraj było; jak z jutrem przyjdzie, jak zawdy będzie...
Więc i Lipce jęły się budzić i raźno zrywać na nogi; niejedna głowa rozczochrana wyzierała,
wodząc zaspanymi oczyma po świecie; kajś już się myli przed chałupami, to po wodę do
stawu wypadały rozdziane jeszczek kobiety, ktosik drwa rąbał; wozy też wytaczano na drogę,
dymy niekajś wykwitały z kominów, a tu i owdzie roznosiły się krzyki na leniących się wstawać.
Rano było jeszcze, słońce ledwie co na parę chłopa wyniesło się nad wschodem i z boku
przez mrocznawe sady bodło czerwonymi płomieniami, a już ruchano się wszędy galanto.
Wiater się kajścić zapodział, że w lubej cichości wszystko się syciło rzeźwym, pachnącym
porankiem, słońce grało we wodach i rosy skapywały z dachów sperlonymi sznurkami,
jaskółki śmigały w czystym powietrzu, boćki leciały z gniazd na żer, kokoty piały po płotach
wytrzepując radośnie skrzydłami, a gęsi z gęgotliwym krzykiem wywodziły młode na staw
sczerwieniony. Bydło ryczało po oborach, zaś wszędy przed progami a w opłotkach doili pośpiesznie
krowy i z każdego obejścia wyganiali inwentarz na drogi, że szedł kolebiąco rycząc
przeciągle, a cochając się o płoty i drzewa, zaś owce z zadartymi łbami pobekując cisnęły się
środkiem drogi w tumanie kurzu. Spędzali wszystko na plac przed kościołem, kaj paru starszych
chłopaków na koniach, trzaskając batami a klnąc siarczyście, oganiało rozłażące się
stado i wrzeszczało na opóźnionych.
A kiej ruszyli, stłaczając się na topolowej, bo jaże pod lasem leżały wspólne pastwiska,
przykryła ich kurzawa orosiała i czerwonawo mieniąca się w słońcu, że jeno belki owiec i
pieskowe szczekania rwały się z ciężkich tumanów, znacząc drogę, kaj się podzieli.
Zaś pokrótce za nimi i gęsiarki wypędzały białe, rozgęgane stada, to ktosik cielną krowę
wiódł na miedzę albo konia spętanego prowadził za grzywę na ugory.
Ale i potem niewiele się przyciszyło, że to wieś jęła się szykować na jarmarek. Było to
jakoś w tydzień po powrocie chłopów z kreminału.
Wszystko już w Lipcach wracało z wolna do dawnego, jakoby po tej burzy srogiej, co
szkód narobiła niemałych, że naród, ochłonąwszy z trwogi, wyrzekając a żaląc się na dolę,
imał się po ździebku pracy wetującej.
Juści, co nie szło jeszcze, jak było iść powinno, chociaż chłopy już ujęły rządy w swoje
kwarde ręce, jeszczech się bowiem lenili niecoś poranić, do późna nieraz wylegując się pod
pierzynami; jeszczech niejeden często gęsto do karczmy zaglądał, niby to nowin zasięgając w
sprawie; jeszcze ten i ów pół dnia przewałęsał po wsi i przegadał z kumami, a zaś drugie spychali
jeno co pilniejsze roboty, boć niełacno było po tylim próżnowaniu brać się na ostro - ale
już co dnia przemieniało się na lepsze, co dnia puściej robiło się w karczmie i po drogach i co
dnia gęściej mus chytał za łby i przyginał do ziemie, do ciężkiej, znojnej pracy zaprzęgając.
Że zaś dzisiaj akuratnie wypadał jarmarek w Tymowie, to mało kto do roboty wychodził,
szykując się na niego.
Przednowek wcześniej latoś zawitał i tak ciężki, jaże skwierczało po chałupach, więc co
jeno kto miał jeszcze do przedania, śpiesznie wyprowadzał, zaś drugie szły la zgwarzenia się
ze somsiady, la obaczenia świata i wypicia choćby tego kieliszka.
Każden miał swój frasunek, a kajże się to naród pocieszy, wyżali, skrzepi, a nowin dowie,
jeśli nie na jarmarku lebo na odpuście?...