się jej ostrego języka bali. Toć i Franek ,choć był pijany a zląkł się jej i zamilknął ,bo wiedziała
o nim różne różności ,jak to we młynie gospodarzy ,a ona ,że to już była podpita nieco
,ujęła się pod boki przytupywała w takt i nuż wykrzykiwać
- Tańcują kiej muchy w smole! Jewka, a ruchajże się. Ganiała gdziesik po nocy, a teraz
śpi w tańcu. Tomek! A prędzej! A to ci tak cięży ta ćwiartka, coś ją Janklowi sprzedał, co?...
Nie bój się, ociec jeszcze nie wiedzą. Marysia! Zadawaj się z rekrutami, zadawaj, a proś mę z
miejsca na kumę...
I tak dalej dogryzała po kolei tanecznikom; niepomiarkowana była i zła na wszystkich, że
to dzieci ją skrzywdziły, a ona na starość na wyrobek chodzić musiała, ale że nikto nie odpowiadał,
wykrzyczała się i poszła do alkierza, gdzie siedział kowal z Antkiem i kilku młodszych
gospodarzy.
Lampa wisiała u czarnego pułapu i mdłym żółtawym światłem rozjaśniała jasne, powichrzone
głowy - siedzieli dokoła stołu, wsparli się mocno na rękach wszyscy oczy utkwili w
kowala, któren pochylony nad stołem, czerwony, rozkładał szeroko ręce, czasem bił pięścią i
gadał z cicha:
- Prawdę mówię, bo tak stoi w gazecie wypisane, wyraźnie jak wół... Nie tak ludzie żyją
we świecie jak u nas, nie:
- Co jest? Dziedzic ci panuje, ksiądz ci panuje, urzędnik ci panuje - a ty ino rób a z głodu
zdychaj i każdemu się nisko kłaniaj, żebyś po łbie nie oberwał...
A grontu mało, że niedługo to i po zagonie na człowieka nie starczy!
- A dziedzic ma sam więcej niż dwie wsie razem...
- Powiadali wczoraj na sądach, że nadawać będą nowe grunta.
- Jakie?
- Czyjeż by - a dworskie!-
- Ale! Daliśta dziedzicom, to odbierać będzieta! Ale cudzym już się rządzą - krzyknęła
Jagustynka nachylając się do nich ze śmiechem.
-...I sami się rządzą - ciągnął dalej kowal nie zważając na babie powiedzenie nic - a
wszyscy we szkołach się uczą, we dworach mieszkają i panami są...
- Gdzie to tak? - zapytała Antka, któren zaraz z kraju siedział.
- W ciepłych krajach! - odrzucił.
- To kiej tak dobrze, czemuż to kowal tam nie pojechał, co?... Smoluch jucha, łże jak ten
pies i tumani, a wy głupie wierzyta! - zawołała namiętnie.
- Mówię po dobremu: idźcie sobie, Jagustynko, skądżeście przyszli...
- A nie pójdę! Karczma la wszystkich, a ja taka dobra za swoje trzy grosze jak i ty! Ale,
nauczyciel jaki, Żydom się wysługuje, z urzędnikami trzyma, o staję czapkę przed dziedzicem
zdejmuje, a te mu wierzą!... Pyskacz jeden!...Wiem ja... - ale już nie skończyła, bo ją kowal
krzepko ujął pod żebra, nogą otworzył drzwi i wyrzucił do wielkiej izby, że padła jak długa w
pośrodku.
Nie pomstowała nawet, tylko powstawszy rzekła wesoło:
- Krzepki jucha kiej koń, zdałby mi się taki na chłopa...
Naród gruchnął śmiechem, a ona wyszła zaraz pomstując z cicha.
Ale już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozchodzili do domów, to stawali
kupkami przed karczmą, bo to i wieczór był ciepły i jasny, księżyc świecił, tylko rekruci
jeszcze ostali i pili na umór i wykrzykiwali, a Jambroży, spity jako bydlę, wylazł na środek
drogi i wyśpiewywał, taczając się ze strony na stronę.
A i ci z alkierza, z kowalem na czele, wyszli.