przystroi - trzepała obciągając przykrótkie obleczenie.
- Cie!... a kolana ci się czerwienią przez kieckę niby gęsi spod pierza.
- Głupiś! Łapie w ogon se zajrzyj! Hale, boćka schowaj: ksiądz przyjdzie z procesją i
jeszcze go obaczy i pozna - przestrzegała ciszej.
- Prawda, że śwarna i przystrojona, a i gospodyni też się rozczapierza kiej ten indor! -
szeptał wyglądając za nimi na drogę, ale wspomniawszy przestrogę zaciągnął boćka do dołu
po ziemniakach, zaś la obrony przed dziećmi Łapie przykazał warować przed ołtarzem, a sam
poleciał do Macieja, leżącego w sadzie, jak co dnia.
Na wsi już całkiem ścichło, wszystkie wozy przejechały i ludzie przeszli, drogi opustoszały,
jeno niekajś w opłotkach bawiły się dzieci, psy wylegały się w słońcu i jaskółki śmigały
nad stawem w rozpalonym powietrzu, zaś w kościele zaraz po sygnaturce rozpoczęło się
nabożeństwo, dobrodziej wyszedł ze sumą i organy zagrały, ale snadź wnet po kazaniu uderzyły
wszystkie dzwony, i huknęli takim śpiewaniem, jaże gołębie porwały się z dachów, i
naród jął się wywalać wielkimi drzwiami, a nad nim wychodziły chorągwie pochylone, światła
gorejące i obrazy, niesione przez dziewczyny w biel przybrane, zaś w końcu wynosił się
czerwony baldach, a pod nim ksiądz ze złocistą monstrancją w ręku wolniuśko zstępował ze
schodów. A kiej się jako tako ustawili do procesji, czyniąc wskroś ciżby długą ulicę, obrzeżoną
zapalonymi świecami, dobrodziej znowuj zaśpiewał:
U drzwi Twoich stoję, Panie!...
A wszystek naród odgruchnął mu w jeden ogromny, niebosiężny głos:
Czekam na Twe zmiłowanie...
I śpiewając ruszyli, cisnąc się we wrótniach smętarza i przepychając, gdyż zjazd był
ogromny, cała parafia się stawiła, a nawet wszystkie dwory, że dziedzice prowadziły dobrodzieja
i jeszcze w asyście szli pobok ze światłem, zaś baldach niesły gospodarze, jeno jakby
na złość Lipczakom, same obce z drugich wsi.
Cała procesja wywaliła się z cieniów smętarza na plac, jaże biały i wrzący od spieki,
słońce lunęło w oczy, żywym ogniem prażąc, że już się wolno posuwali wśród bicia dzwonów,
śpiewów, w pachnących dymach trybularza i w kłębach kurzawy, jaka się wnet podniesła,
wśród świateł i tego kwiecia, sypanego pod nogi dobrodzieja.
Powiedli się do pierwszego z prawej strony ołtarza, do Borynów; droga się w mig zapchała,
jaże płoty trzeszczały, i niejeden we staw zleciał z wysokiego brzegu, i przydrożne
drzewa się trzęsły od naporu. Walili ciężką, rozśpiewaną ciżbą głów kiejby tą rzeką mieniącą
się od farb, zaś środkiem, niby łódź na fali, płynął czerwony baldach i chwiały się chorągwie,
obrazy i święte figury całe w tiulach a kwiatach.
Parli się w tłoku wielkim głowa przy głowie, ledwie już dysząc z żaru i ciasnoty, ale
śpiewając z całego serca, całą mocą, wszystkimi gardzielami, że zdało się, jakoby wraz z nimi
świat cały śpiewał chwałę Panu - jakoby te lipy wyniosłe, te czarne olchy, te rozgorzałe w
słońcu wody, te śmigłe brzózki, te sady niskie i pola zielone, i dalekości okiem nieobjęte, i
chałupy, i wszystko, co ino było, dokładało swój wtór serdeczny, nabrzmiały radością, że
pieśń ogromna rozlewała się skłębionym grzmotem w rozżarzonym powietrzu i ku blademu
niebu do słońca się podnosiła.
Aż liście trzęsły się od głosów i ostatnie kwiaty z drzew leciały
Przed Borynami ksiądz odczytał pierwszą Ewangelię i odpocząwszy ździebko, powiódł
naród do młynarzowego ołtarza.
Upał się był jeszcze podniósł, że już zgoła wytrzymać było nie sposób i kurz zapierał
gardziele, słońce zbielało i po jasnym niebie jęły się zaciągać białawe, długie smugi; a rozprażone