Potem, kiedy już Jankiel począł. gasić światła, rekruci się wytoczyli, ujęli się mocno pod
ręce i szli całą drogą śpiewający z gardła wszystkiego, aże psy ujadały i jaki taki z chałupy
wyjrzał...
Kuba tylko spał wciąż w popiele tak krzepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek
wstać nie chciał, kopał, to grzmocił w powietrze i mruczał:
- Pódzi, Żydzie. Jak chcę, tak spał będę... gospodarz jestem, to wolę swoją mam, a tyś
żółtek i parch!...
Wiadro wody pomogło, że wstał i wytrzeźwiał nieco, jeno ze strachem a zdumieniem
słuchał, jako całego rubla przepił - którego winien jest...
- Jakże?... dwa półkwaterki z harakiem... całego śledzia... machorki... i jeszcze dwa półkwaterki...
to już cały rubel?... Jakże?... dwa... - majaczyło mu się.
Jankiel przekonał go w końcu i porozumieli się co do strzelby, którą Żyd miał mu przywieźć
z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem...
Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał.
- Ociec Kubów złodziej nie był, to i syn jego złodziej nie jest.
- Idźcie już sobie, czas spać... a ja mam jeszcze pacierze odmawiać...
- Ci!... spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia, a pacierze mówił będzie... - mruczał
idąc ku domowi i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie
pomieścić, że całego rubla przepił... ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało,
to potaczał się ździebko, a i raz w raz właził na płoty, to na budulec leżący gdzieniegdzie
przed chałupami i klął...
- Żeby was, juchy, pokręciło!... Łajdusy jedne... żeby tak drogę pozastawiać!... nic, jeno
się pochlały... zbereźniki... a dobrodziej na darmo wypomina... a dobrodziej...-tu się zastanowił
długo i miarkował, aż i wreszcie chyciło się go rozeznanie i żałość taka, aż przystanął,
oglądał się dookoła, pochylał szukając czego by twardego do ręki... ale zapomniał wnet i
chwycił się za kudły, i jął się prać po pysku kułakiem i wykrzykiwać:
- Pijanica jesteś i świnia zapowietrzona! Do dobrodzieja cię zawlekę, niech cię wypomni
przed całym narodem, żeś pies i pijanica... żeś dwa po dwa półkwaterki... żeś całego rubla
przepił... żeś jako to bydlę abo i gorszy!... żeś. .
I żałość z nagła go objęła nad sobą, że przysiadł na drodze i buchnął płaczem.
Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzieniegdzie, z rzadka
kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą motały się nad wsią i
przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat,
tylko gdzieniegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadania psów.
A na drodze przed karczmą Jambroży taczał się ze strony na stronę i śpiewał wciąż, nieustannie,
aż do wytrzeźwienia:
Da Maryś moja, Maryś!
Da komu piwo warzysz?
Da komu piwo warzysz?..
Da Maryś moja, Maryś!...
ROZDZIAŁ 5
Jesień szła coraz głębsza.