Lipce martwiały równo, jako te pola okólne, co wyczerpane, szare, odarte w odpocznieniu
leżały i cichości tężenia; jako te drzewiny nagie, poskręcane, żałobne, drętwiejące z wolna
na długą, długą zimę...
Jesień to była, rodzona matka zimy.
Ino się tym pokrzepiano, że nie ma jeszcze pluchy, że drogi nie bardzo rozmiękły i może
wytrzyma pogoda do jarmarku, na któren całe Lipce się wybierały, jakby na odpust jaki.
Bo jarmark miał być na świętą Kordulę, walny i ostatni już przed Godami, więc się nań
wszyscy szykowali należycie.
Już na parę dni przedtem deliberowano po wsi, co by się sprzedać dało, czy z inwentarza,
czy z ziarna abo też z drobnego przychówku. A że na zimę szło, to i kupować trza było niemało
i z przyodziewku, i ze sprzętów, i z różnych różności gospodarskich, z czego i różne
turbacje poszły, i swary, i kłótnie po chałupach, boć wiadomo przeciech, że u nikogój się nie
przelewa a o grosz gotowy coraz to trudniej.
A tu i rychtyk w ten czas i płacić przychodziło podatki, to gminne składki i spłaty różne
między sobą, a często i przednówkowe pożyczki, a jak niejeden to i zasługi służbie - tyla tego
razem, że niektóren, choćby i z półwłókowych, ciężko wzdychał i kalkulował, a nic nie wychodziło
bez wyprowadzenia na jarmark konia abo i krowy, a już o biedniejszych to i nie ma
co rzec.
Więc też i jaki taki wyprowadzał krowinę przed oborę, wycierał jej ognojone boki wiechetkiem
i na noc przyrzucał koniczyny, to gotowanego jęczmienia z kartoflami. byle jeno
wypęczniała ździebko; któren znów przysposabiał stare, poślepłe całkiem wywłoki, żeby
chyla tyla do koni były podobne na ten przykład. Insze znowu młóciły zawzięcie dnie całe,
żeby zdążyć na jarmark.
I u Borynów sposobiono się raźnie; stary z Kubą domłócał pszenicy, a Józka z Hanką, co
im ino czasu ostawało, to podpasały maciorę i te gąski wybrane z ostawianych na chowanie,
Antek zaś z Witkiem, że to leda dzień spodziewano się deszczów; jeździli do boru po susz na
ogień i po ściółkę, z której co poszło do obory, a resztę zwalali pod chałupę do ogacenia
ścian.
I tak ta przyspieszona robota trwała aż do późna w noc ostatnią przed jarmarkiem; dopiero
gdy pszenica już we worach leżała na wozie wtoczonym do stodoły i wszystko było przyrządzone
na jutro - siedli wszyscy razem do wieczerzy w Borynowej izbie.
Na kominie buzował się wesoły ogień ze świerczyny, potrzaskujący cięgiem, a oni jedli
wolno i w milczeniu, ze to po spracowaniu nikomu się odzywać nie chciało, aż dopiero kiedy
skończyli i gdy już kobiety posprzątały miski i garnki z ławy, Boryna rzekł, coś niecoś przysuwając
się do komina:
- Przed świtaniem trza ruszyć!
- Juści, że nie później - odrzekł Antek i zabrał się do smarowania uprzęży, Kuba strugał
bijak do cepów, a Witek obierał kartofle na rano i raz w raz poszturchiwał Łapę, któren leżał
obok i wybierał sobie pchły zębami.
Cichość się uczyniła, że ino ogień trzaskał i świerszcze za kominem poskrzypiwały niekiedy,
a z drugiej strony domu dochodził plusk wody i szczękanie mytych garnków.
- Kuba, ostaniesz to w służbie dłużej, co?
Kuba spuścił ośnik, którym strugał, i zapatrzył się w ogień tak długo, aż Boryna mu
przypomniał.