- Słyszałeś, com ci rzekł?
- Słyszeć słyszałem, ino tak w głowę zachodzę, że po prawdzie to krzywdy mi nijakiej u
was nie było... Juści, ale ino... - urwał zakłopotany.
- Józia, daj no gorzałki i co przegryźć, co mamy na sucho radzić, kiej Żydy jakie - zarządził
stary i przysunął przed komin ławkę, na której Józia wnet postawiła butelkę, wianek kiełbasy
i chleb.
- Napij się, Kuba, i rzeknij swoje słowo.
- Bóg zapłać, gospodarzu... Ostać, tobym się ostał, ino...ino...
- Postąpię ci coś niecoś!...
- Przydać by się przydało, bo to i kożuch zlatuje ze mnie., i buciska też, a i kapot jaki kupiłbym...
już jak ten dziadak jaki jest człowiek, że nawet do kościoła iść, to ino do kruchty...
bo jakże mi przed ołtarz w takim obleczeniu...
- A w niedzielę nie baczyłeś na to, inoś się pchał tam, gdzie najpierwsze... - rzekł surowo
Boryna.
- Juści... Hale... Prawda... - bąkał srodze zawstydzony i ciemny rumieniec oblał mu twarz.
- A to i dobrodziej naucza, żeby szanować starszych. Napij no się, Kuba, na zgodę i słuchaj,
coć rzeknę, a sam się pomiarkujesz, że co parobek, to nie gospodarz... Kużden ma swoje
miejsce i la każdego co innego Pan Jezus wyznaczył. Wyznaczył ci Pan Jezus twoje, to go się
pilnuj i nie przestępuj, na pierwsze miejsce się nie pchaj i nie wynoś się nad drugie - bo
zgrzeszysz ciężko. I sam dobrodziej ci powtórzy to samo, że tak być musi, bych porządek na
świecie był. Miarkujesz se, Kuba?
- Nie bydlem przeciech i swoje pomyślenie mam.
- To baczże, byś się nad drugie nie wynosił.
- I... inom bliżej ołtarza chciał być...
- Pan Jezus z każdego kąta słyszy, nie bój się. I po co się pchać między najpierwsze, kiej
wszyscy wiedzą, ktoś jest?
- Juści, juści... gospodarzem byłbym, to i baldach nosić bym nosił, a i dobrodzieja pod
pachę wiódł, i w ławkach siadał, i z książki głośno śpiewał... a żem ino parobek, chocia i syn
gospodarski, to mi w kruchcie stać abo przed drzwiami, jako te pieski... - powiedział smutno.
- Takie już na świecie urządzenie jest i nie twoja głowa zmieni.
- Pewnie, że nie moja, pewnie.
- Napij się jeszcze, Kuba, i rzeknij, co ci mam zasług dodać.
Kuba wypił, ale że go już nieco zamroczyła gorzałka, to uwidziało mu się, że w karczmie
siedzi z Michałem od organisty abo i z drugim kamratem i rajcują se swobodnie, wesoło, jak
równy z równym. Rościebnął ździebko kapotę, wyciągnął nogi, buchnął pięścią w ławkę i
zakrzyknął:
- Cztery papierki i rubla zadatku dołoży - to ostanę.
- Widzi mi się, żeś pijany abo ci się w głowie popsuło - zawołał. Boryna, ale Kuba szedł
już za myślą swoją i dawnym marzeniem, a zresztą nie słyszał gospodarskiego głosu, więc
rozprostowywał skurczoną duszę, rósł w ambit i taką pewność siebie, jakoby samym gospodarzem
się poczuł.
- Cztery papierki i jeszcze jeden zadatku dołoży, to u niego ostanę, a nie, to psiachmać na
jarmark pójdę i służbę se znajdę, choćby i na furmana do cugowych we dworze... Znają mię,
iżem robotny i na wszystkim w polu czy kiele domu się znający, że niejednemu gospodarzowi
bydło paść u mnie -a uczyć się... A nie, to ptaszki strzelał będę i dobrodziejowi nosił abo i
Janklowi... a nie...