- Cie... Kuternoga jeden, jak bryka. Kuba! - krzyknął ostro stary.
Kuba zamilkł, wytrzeźwiał z rozmarzenia, ale hardości nie stracił, bo jął się nieustępliwym
czynić, że Boryna rad nierad dorzucał mu po półrublu, to po złotówce, aż i stanęło, że
obiecał mu na przyszły rok dołożyć trzy ruble i dwie koszule miasto zadatku.
- Ho, ho, ptaszek z ciebie - wołał stary przepijając do niego na zgodę, choć zły był, że
tyla pieniędzy wywalić musi, ale wagować się nie było co, bo Kuba wartał i więcej, robotny
parob, choćby i za dwóch, gospodarskiego nie ruszył i o inwentarz dbał więcej niźli o siebie,
choć i kulawy był, i mocy wielkiej nie miał, ale na gospodarstwie się znał - można się całkiem
spuścić na niego, że wszystko, jak przynależało, zrobi i jeszcze najemnika przypilnuje.
Poradzili jeszcze o tym i o owym, i gdy się rozchodzili, Kuba już ode drzwi nieśmiało
całkiem się ozwał:
- Zgoda na trzy ruble i dwie koszule, ino... ino... nie przedawajcie źrebicy... przy mnie się
ulęgła... kożuchem swoim przyodziewałem, żeby nie przemarzła... tobym nie ścierpiał, żeby
ją Żyd jaki bijał libo i łachmytek z miasta... Nie sprzedawajcie... złoto, nie źrebica... kiej ten
dzieciak posłuszna... koń taki, że i drugi człowiek - prosty pies przy niej. Nie sprzedawajcie...
- Ani mi to w głowie nie postało.
- Bo w karczmie powiedali i... bojałem się...
- Opiekuny, psiekrwie, zawżdy najlepiej wiedzą!
Kuba byłby go za nogi ułapił z radości, ino śmieć nie śmiał, to nadział czapę i poszedł rychło,
jako że i czas było spać bacząc na jarmark jutrzejszy.
Jakoż i nazajutrz, jeszcze przed świtaniem, że nieledwie po drugich kurach, a już na
wszystkich drogach i ścieżkach do Tymowa ruszali się ludzie.
Kto jeno żył, to z całej okolicy walił na jarmark.
Nad ranem upadł mocny deszcz, ale po wschodzie przetarło się nieco, ino niebo było zasnute
burymi chmurzyskami, a nad nizinnymi ziemiami wsiały mgły szare, kieby zgrzebne
płótna, do cna przemiękłe, i po drogach szkliły się kałuże, a gdzieniegdzie po dołkach błoto
chlupało pod nogami.
I z Lipiec wychodzono od wczesnego rana.
Na topolowej drodze za kościołem i hen, aż do lasów, widny był łańcuch wozów, toczących
się wolno, krok za krokiem, taka ciżba była, a bokami, po obu stronach, ino się mieniło
od czerwonych wełniaków i białych kapot chłopskich.
Tyla narodu szło, jakby wieś cała wychodziła.
Szli gospodarze co biedniejsi, szły kobiety, szły parobki i dziewczyny, i komornicy też
szli, a i biedota sama -najemnicy takoż ciągnęli, bo jarmark to był ten, na którym godzono się
do robót i zmieniano służby.
Kto co kupić, kto sprzedać, a jensi byle jarmarku użyć.
Któren wiódł na postronku krowinę albo i ciołaka, kto zaś gnał przed sobą maciorę z prosiętami,
co ino pokwikiwały i rwały się tak, że trza je było cięgiem oganiać i stróżować, bych
pod wozy nie wpadły; jenszy człapał się na szkapie; drugie oganiały wystrzyżone barany,
gdzieniegdzie zaś bieliło się stadko gęsi z podwiązanymi skrzydłami, to grzebieniaste koguty
wyzierały spod zapasek kobiecych... A i wozy niezgorzej jechały wyładowane, raz w raz z
jakiegoś półkoszka spod słomy wyzierał ryj karmnika i kwiczał, aż gęsi gęgały zestrachane i
psy, co szły zarówno z ludźmi, doszczekiwać poczynały przy wozach I szli tak całą drogą, że
choć szeroka była, a pomieścić się trudno wszystkim było, że jaki taki schodził na pole w
bruzdy.
O dużym już dniu, kiej się tak przetarło na niebie, że ino, ino słońca było patrzeć, wyszedł
i Boryna z chałupy; przódzi już, bo o świtaniu, Hanka z Józką pognały maciorę i podpasionego