ze strony na stronę, bijąc o wszystkie drogi, miedze i rowy, co migotały kiej te wstęgi
kwietne szczodrze przeplecione puszystą bielą, żółtością i fioletem; kwitnęły już bowiem owe
ostróżki przeróżne, kwitnęły powoje patrzące z żytnich gąszczów przytajonymi, pachnącymi
oczami, kwitnęły modraki, miejscami, kaj ździebko wymiękło, tak gęsto, jakby tam niebo się
kładło, kwitnęły wyczki całymi kępami, a one jaskry, a mlecze i krwawe osty, a ognichy i
koniczyny, a stokrotki, a rumianki dzikie, a tysiąc inszych, o których jeno sam Jezus pamięta,
boć jemu tylko kwitną i tak pachną, że prosto czad bił od pól kieby w kościele, gdy jegomość
okadza Sakramenta.
Ten i ów pociągał nosem z lubością, a konia batem okładał i pośpieszał, gdyż słońce prażyło
coraz ogniściej, jaże śpik morzył, że już niejeden srodze łbem kiwał.
To i pokrótce Lipce napełniły się narodem po wręby.
Jechali bowiem i jechali bez przestanku, że już wszędy na drogach, dokoła stawu, pod
płotami, w podwórzach i kaj jeno było można zachwycić nieco cienia, ustawiały się wozy i
wyprzęgano konie, bo na placu przed kościołem była już taka gęstwa i tak wóz stajał przy
wozie, że ledwie się przecisnął.
Lipce prosto ginęły w tej nawale ludzi, wozów i koni.
Rwetes też był coraz większy, gwary i krzyki podnosiły się nad całą wsią. Naród szumiał
kiej bór rozkolebany. Kobiety obsiadały staw moczyć nogi, wzuwać trzewiki a ogarniać się
przystojnie do kościoła, chłopi rajcowali kupami zmawiając się ze somsiady, zaś dziewuchy i
chłopaki cisnęły się łakomie do kramów i bud, a głównie do katarynki grającej, na której jakiś
zwierz zamorski, czerwono przystrojony i z pyska podobny do starego Miemca, czynił takie
pocieszne skoki a figle, jaże się za boki brali ze śmiechu.
Katarynka przygrywała zawzięcie i na taką nutę, jaże niejednemu kulasy drygały, a jakby
do wtóru i dziady usadowieni we dwa rzędy, od kruchty do placu, jęły wyciągać swoje pieśni
proszalne, zaś w samych wrotniach cmentarza siedział ślepy, tłusty dziad, co go to zawdy pies
prowadzał, i śpiewał najżarliwiej i najcieniej wyciągał.
Ale skoro jeno zasygnowali na sumę, naród porzucił zabawy i kiej wezbrany potok lunął
do kościoła i tak go napchał, jaże żebra trzeszczały, a cięgiem jeszcze przybywali nowi gnietąc
się, a nawet swarząc, ale większość musiała ostać na dworze tuląc się pod mury i drzewa.
Przyjechało też paru księży z drugich parafii, zasiedli zaraz w konfesjonałach pod drzewami
słuchać spowiedzi, nie bacząc zgoła na tłok ni na spiekę.
A wiater był całkiem ustał i gorąc podnosił się już nie do wytrzymania, żywy ogień lał się
prosto na głowy, ale naród cierpliwie gniótł się przy konfesjonałach i roił po smętarzu, na
darmo wyszukując cienia lub jakiej bądź osłony.
Proboszcz był właśnie wychodził ze mszą, kiej dopiero Hanka z Józką nadeszły, ale że
nie sposób się było docisnąć choćby nawet do drzwi kościelnych, to stanęły na szczerym
słońcu pod parkanem, rozglądając się w ciżbie, a Pochwalonym witając znajomków.
Zaraz też huknęły organy i zaczęła się suma, przyklękli wszyscy, poprzysiadali a jęli się
żarliwie pacierzy.
Rychtyk i południe stanęło, słońce zawisło prosto nad głowami lejąc warem straszliwym i
wszystko jakby pomdlało z onej spieki, że ni liść nie zadrgał, ni ptak przeleciał, ni jaki bądź
głos powiał z pól. Niebo wisiało w martwej cichości kiej ta szklana tafla rozpalona do białego,
a roztrzęsione niby wrzątek powietrze ślepiło wyżerając oczy. Parzyła ziemia, parzyły
rozgrzane mury, że klęczeli bez ruchu, ledwie już zipiąc i jakby się z wolna gotując w tym
ukropie słonecznym.
Naród się modlił w głębokiej cichości, kto na książce, kto na różańcu, a kto jeno tym
szczerym słowem Boga chwalił i wzdychem serdecznym. Uroczyste głosy organów lały się