wieprzka, a Antek powiózł dziesięć worków pszenicy i pół korczyka czerwonej koniczyny.
W domu ostawał tylko Kuba z Witkiem i Jagustynka, przywołana, żeby jeść uwarzyła
i krów dojrzała.
Witek beczał w głos pod oborą, bo chciało mu się na jarmark.
- Czego się to głupiemu zachciewa! - mruknął Boryna, przeżegnał się i poszedł pieszo, bo
liczył, że się po drodze przysiędzie do kogo; jakoż i zaraz tak się stało, bo tuż za karczmą
dopędził go organista, jadący bryczką w parę tęgich koni.
- Cóż to, na piechty, Macieju?
- La zdrowia... Niech będzie pochwalony.
- Na wieki. Siadajcie z nami, zmieścimy się! - proponowała organiścina.
- Bóg zapłać. Doszedłbym, ale jak powiadają, zawżdy milej duszy, kiej ją wóz ruszy - odrzekł
sadowiąc się na przednim siedzeniu, plecami do koni.
Podali sobie przyjaźnie ręce z organistami i konie ruszyły.
- A pan Jaś skąd się wziął, to już nie w klasach? - zapytał chłopca, siedzącego z parobkiem
i powożącego.
- Przyjechałem tylko na jarmark! - zawołał wesoło organiściuch.
- Zażyjcie, francuska... - proponował organista pstrzykając w tabakierkę.
Zażyli i pokichali solennie.
- Cóż tam u was? Sprzedajecie co dzisiaj?
- Bogać ta nie, powieźli do dnia pszenicę, a kobiety pognały świnię.
- Aż tyle! - wykrzyknęła organiścina. - Jasiu, weź szalik, bo chłodno! - zawołała do syna.
- Ciepło mi, zupełnie ciepło - zapewniał, lecz mimo to okręciła mu czerwonym szalem
szyję.
- Abo to wychody małe? Już nie wiada, skąci brać na wszystko...
- Nie narzekajcie, Macieju, chwalić Boga, macie dosyć...
- Przeciech tej ziemi nie ugryzę, a gotowego grosza w zapasie nie ma.
- Bo rozpożyczacie... mało to macie po ludziach?... Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi!...
Ale Boryna, nierad tym wypominkom przy parobku, pochylił się szybko i cicho zapytał:
- A pan Jaś długo będzie jeszcze w klasach?
- Do świąt jeno.
- Wróci do dom czy też do urzędu pójdzie?
- Moiściewy, a cóż by w domu robił na tych piętnastu morgach. A mało to jeszcze drobiazgu!...
A czasy ciężkie, jak z kamienia... - westchnęła.
- Bo i prawda, chrztów to ta jeszcze jest dosyć, ale co z tego za profit!
- Pochówków nie brakuje przeciech - dorzucił ironicznie Boryna.
- I... co za pochowki, sama biedota mrze, a ledwie parę razy w rok zdarzy się jakiś gospodarski
pogrzeb, z którego coś kapnie.
- A i wotyw coraz mniej, a i targują się jak te Żydy! - dorzuciła.
- Z biedy to wszystko idzie i ze złych czasów .- usprawiedliwiał Boryna.
- Ale i z tego, że ludzie o zbawienie swoje ani tych w czyśćcu ostających nie zabiegają.
Proboszcz nieraz o tym mówił do mojego.
- I dworów coraz mniej. Dawniej, kiedy się jeździło po snopkach czy z opłatkami, czy po
kolędzie, czy też po spisie - to jak w dym do dworu - nie żałowali i zboża, i pieniędzy, i leguminy.
A teraz, Boże zmiłuj się, każdy gospodarz się kurczy i jak ci da snopczynę żyta, to
pewnie zjedzoną przez myszy, a jak tę ćwiartczynę owsa dostaniesz, to pewnie plew w nim
więcej niźli ziarna. Niech żona powie, jakie mi to jajka dawali latoś za spis wielkanocny -