Poszedł dalej do Jagusi, siedzącej wpodle pod murem wraz z matką i wielce zamodlonej,
ale nie nalazłszy sposobnego słowa, to jeno prześmiechnął się do niej i zawrócił do swoich.
Poleciała za nim oczami, pilnie przepatrując dziedziczki, tak wystrojone; jaże dziw brał, a
takie bieluśkie na gębie i tak wcięte w pasie, że Jezus! Pachniało też od nich kieby z tego trybularza.
Chłodziły się czymsić, co się widziało niby te rozczapierzone ogony indycze. Paru młodych
dziedziców zaglądało im w oczy i tak się cosik śmiali, jaże ludzie się tym niemało gorszyli.
Naraz kajś w końcu wsi, jakby na moście przy młynie, zaturkotały ostro wozy i kłęby kurzawy
wzbiły się ponad drzewa.
- Jakieś spóźnione - szepnął Pietrek do Hanki.
- Świece juchy będą gasili - dorzucił ktosik.
A drudzy jęli się przechylać przez mur ogrodzenia i ciekawie zazierać na drogi obiegające
staw.
A pokrótce, wśród wrzaskliwych jazgotów i naszczekiwań, ukazał się cały rząd ogromnych
bryk, nakrytych białymi budami.
- To Miemcy! Miemcy z Podlesia! - wykrzyknął ktosik.
Jakoż i prawda to była.
Jechali w kilkanaście bryk, zaprzężonych w tęgie konie; pod płóciennymi budami widniał
wszelki sprzęt domowy i siedziały kobiety i dzieci, zaś rude, opasłe Miemce z fajami w zębach
szły pieszo. Wielkie psy leciały pobok, szczerząc niekiedy kły i odszczekując lipeckim,
które raz w raz zajadle docierały.
Naród rzucił się patrzeć na nich, a wielu przełaziło ogrodzenie i leciało spojrzeć z bliska.
Miemce przejeżdżały stępa, ledwie się przeciskając przez gęstwę wozów i koni, ale żaden
nawet przed kościołem nie zdjął kaszkietu ni kogo pozdrowił. Jeno oczy się im jarzyły i brody
trzęsły, jakby ze złości. Poglądali w naród hardo, kiej te zbóje.
- Pludraki ścierwie!
- Kobyle syny!
- Świńskie podogonia!
- Sobacze pociotki!
Posypały się wyzwiska kiej kamienie.
- A co, na czyjem stanęło, Miemce? - krzyknął ku nim Mateusz.
- Kto kogo przeparł?
- Strach wam chłopskiej pięści, co?
- Poczekajta, dzisiaj odpust, zabawimy się w karczmie!
Nie odzywali się zacinając jeno konie i wielce śpiesząc.
- Wolniej, pludry, bo portki pogubita.
Jakiś chłopak śmignął na nich kamieniem, a drugie też jęły cegły rwać, bych przywtórzyć,
ale w porę ich przytrzymali.
- Dajta spokój, chłopaki, niech odejdzie ta zaraza.
- A żeby was mór nie ominął, psy heretyckie.
A któraś z lipeckich wyciągnęła pięście i zakrzyczała za nimi:
- Bych was wytracili co do jednego kiej psy wściekłe...
Przejechali wreszcie ginąc na topolowej, że jeno z cieniów i kurzawy szły słabnące naszczekiwania
i turkoty wozów.
Wtedy taka radość rozparła Lipczaków, co już nie sposób było się komu brać do pacierzów,
bo jeno kupili się coraz gęściej kole dziedzica. A on rad temu wielce, pogadywał wesoło,