- A z wieczora przychodź, przódzi czasu miał nie będę.
Obejrzał się na nią jeszcze z proga, uśmiechnął i wszedł do sieni.
W karczmie już była ciasnota i gorąc nie do wytrzymania. W głównej izbie tłoczyło się
wiela różnego narodu, przepijając a gwarząc, zaś w alkierzu zebrali się co młodsi z lipeckich,
z kowalem i Grzelą, wójtowym bratem, na czele. Przyszli też i poniektórzy gospodarze, jak
Płoszka, sołtys, Kłąb i Adam, stryjeczny Borynów, a nawet się wcisnął Kobus, choć go nikto
nie zapraszał.
Kiedy Mateusz wszedł, właśnie był Grzela prawił gorąco i kredą cosik pisał po stole.
Szło o zgodę z dziedzicem, któren obiecywał za morgę lasu dać chłopom po cztery na
podleskich polach, a drugie tyle ziemi puścić na spłaty; chciał nawet borgować drzewo na
chałupy.
Grzela wykładał wszystko podobnie i kredą znaczył, jak by się to podzielili ziemią i co
by wypadło na każdego.
- Dobrze rozważcie, co mówię! - wołał - sprawa czysta jak złoto.
- Obiecanka cacanka, a głupiemu radość! - mruknął Płoszka.
- Szczera prawda, nie obiecanki. U rejenta wszyćko nam odpisze. Weźta ino sobie dobrze
do głowy! Tylachna ziemi la narodu. A toć każdemu w Lipcach wykroi się nowa gospodarka.
Miarkujta ino sobie...
Kowal raz jeszcze powtórzył, co mu był kazał dziedzic powiedzieć.
Wysłuchali uważnie, ale nikto się nie ozwał, patrzeli jeno w te białe krychy na stole i
głęboko deliberowali.
- Prawda, sprawa kiej złoto, ale czy na to komisarz pozwoli? - ozwał się pierwszy sołtys
orząc frasobliwie pazurami po kudłach.
- Musi! Jak gromada uchwali, to się urzędów o przyzwoleństwo pytała nie będzie! Zechcemy,
to i on musi! - zagrzmiał Grzela.
- Musi, nie musi, a ty się nie wydzieraj. Obacz no który, czy aby starszy nie wącha kaj
pod ścianą?
- Dopierom go widział przed szynkwasem! - objaśniał Mateusz.
- A kiedy to dziedzic obiecuje nam odpisać? - zagadnął któryś.
- Mówił, co gotów choćby jutro. Zgodzimy się na jedno, to zaraz odpisze, zaś potem
omentra rozmierzy, co komu.
- To już po żniwach można by chycić się tej ziemi:
- A na jesieni obrobić, jak się patrzy.
- Mój Jezus, dopiero to pójdzie robota, no!
Pogadywali gwarnie, wesoło, jeden przez drugiego. Radość już ponosiła wszystkich,
oczy strzelały mocą, hardość prostowała grzbiety i same ręce się wyciągały do brania tej ziemi
upragnionej.
Niejeden już podśpiewywał z uciechy i krzykał na Żyda o gorzałkę, niejeden plótł trzy po
trzy o działach, a każdemu roiły się nowe gospodarki, bogactwa i radoście. Bajdurzyli też kiej
pijani, śmiejąc się, bijąc pięściami w stoły a przytupując ogniście.
- Dopiero to w Lipcach nastanie święto!
- Hej, a jakie zabawy pójdą, a jakie muzyki!
- I wiela to weselisk odprawi się w zapusty!
- Dzieuch we wsi zabraknie!
- To se miesckich przykupiemy, nie stać to nas?!
- Psiachmać, w same ogiery jeździł będę.
- Cichota no - zawołał stary Płoszka bijąc pięścią w stół - a to krzyczą kiej Żydy w szabas!