więcej niż połowa była zbuków. Żeby człowiek nie miał tej trochy gruntu, toby jak dziad żebrać
musiał - zakończył podsuwając Borynie tabakierkę.
- Juści, juści... - potakiwał Boryna, ale nie jego tumanić, wiedział ci on dobrze, że organista
pieniądze ma i na procenta albo i na odrobek komornikom rozpożycza, to ino uśmiechał
się na te wyrzekania i znowu spytał o Jasia...
- I cóż, do urzędu pójdzie?...
- Co? Mój Jaś do urzędu, na pisarka? Nie po tom sobie od gęby odejmowała, żeby skończył
szkoły, nie. Do seminarium pójdzie na księdza...
- Na księdza!
- A bo mu to źle będzie? A bo to któren ksiądz ma źle?...
- Pewnie, pewnie... a i honor jest, i to, jak powiadają, że kto ma księdza w rodzie, temu
bieda nie dobodzie... powiedział wolno i z szacunkiem poglądał przez ramię na chłopaka,
pogwizdującego koniom, że to przystanęły nieco dla potrzeby swojej...
- Mówili, że i młynarzów Stacho księdzem miał być a teraz jest pono we wielgich szkołach
i na dochtora praktykuje...
- Ale, księdzem by być takiemu łajdusowi, przecież moja Magda jest już w szóstym miesiącu,
i to od niego...
- Powiedali, że to od młynarczyka.
- Ale, prawda była, młynarzowa tak gada, żeby swojego zasłonić. Rozpustnik to, że niech
ręka boska broni, prawie mu iść na doktora.
- Juści, że księdzem być lepiej, bo to i Panu Jezusowi chwała, i ludziom na pociechę -
pogłaskał ją chytrze Boryna, bo co się tam miał spierać z kobietą, i całkiem uważnie słuchał
jej wywodów, a organista raz po raz uchylał czapki i głośnym: “Na wieki!” odpowiadał na
pozdrowienia wymijanych ludzi. Jechali truchtem i Jasio chwacko wymijał wozy, to ludzi, to
inwentarz prowadzony, aż dopadł lasu, gdzie już luźniej było i droga szersza.
Zaraz na skraju dopędzili Dominikową, jechała z Jagną i Szymkiem, a krowa uwiązana
za rogi szła za wozem, z którego wyglądały białe szyje gąsiorów, cięgiem syczących, jako te
żmije.
Pochwalili Boga, a Boryna aż się wychylił przy mijaniu i zawołał:
- Spóźnita się!
- Zdążym na czas! - odkrzyknęła Jagna ze śmiechem.
Przejechali, ale organiściuch parę razy obracał się za nią, aż w końcu spytał:
- To Jagusia Dominikowa?
- Ona ci sama, ona - powiedział Boryna patrząc z oddalenia na nią.
- Nie poznałem, bo dobrze już ze dwa lata jej nie widziałem.
- Młódka to jest jeszcze, a wtedy bydło pasała. Rozbuchała się ino, kiej jałowica na koniczynie
- i aż się wychylił, żeby spojrzeć na nią.
- Bardzo ładna - rzucił chłopak.
- Jak wszystkie dziewki - powiedziała organiścina pogardliwie.
- Juści, że gładka. Udała się dzieucha, toteż nie ma tygodnia, żeby kto do niej z wódką
nie posyłał.
- Przebierna! Stara myśli, że co najmniej to już jaki rządca zjedzie po nią, i parobków odgania...
- szepnęła zjadliwie.
- Bo mógłby ją wziąć i taki, co siedzi choćby i na włóce... warta tego...
- To tylko wam posłać swatów, Macieju, kiedy ją tak chwalicie! - zaczęła się śmiać; a
Boryna już się nie ozwał ni słowem.
- Hale, taki tam łachmytek miescki, wielga mi osoba, co ino gospodarskim kurom pod