się z miejsca:
- Dobrze wam gadać, a mnie już kiszki marsza grają.
- Laboga, do cna przepomniałam. Józka, łap no te żółte kogutki. Cipuchny! cip, cip, cip!
A może jajków przódzi, co? A może chleba? świeży i masło wczorajsze! Urżnij łby i sparz
wrzątkiem! Wnet je wam sprawię. To gapa ze mnie, żeby zabaczyć!
- Ostaw, Hanuś, kogutki na potem, a sporządź cosik po naszemu. Tak mi się już przejadło
to miesckie jedzenie, co ochotnie siędę przed miską ziemniaków z barszczem - śmiał się wesoło.
- Jeno la Rocha zgotuj co inszego.
- Bóg zapłać! Właśnie na to samo mam smaki!
Hanka rzuciła się szykować, ale że ziemniaki już parkotały w garnku, to jeno wyniesła z
komory kiełbasę do barszczu.
- La ciebiem ostawiła, Jantoś. To z tej maciory, coś to ją kazał zaszlachtować przed
Wielkanocą.
- No, no, niezgorsze pęto, ale da Bóg, że je zmożemy. Hale, Rochu, a kajże to nasze gościńce?
Stary podsunął spory tobół, z którego Antek jął wyjmować różności, a podawać każdej z
osobna.
- Naści, Hanuś, to la ciebie, jak ci kaj droga wypadnie - podał jej wełnianą chustę, takusieńką,
jaką miała organiścina, całkiem czarna i w czerwone i zielone kraty.
- La mnie. Żeś to pamiętał, Jantoś - jęknęła z niezgłębioną wdzięcznością.
- Ba, żeby nie Rocho, to bym był zabaczył, ale przypomnieli i poszlim razem wybierać i
kupować.
A sporo nakupił, gdyż dodał żonie jeszcze trzewiki i chusteczkę na głowę jedwabną, modrą
w żółte kwiatuszki. Józce dał taką samą, jeno co zieloną, oraz fryzkę i parę sznurków paciorków
z długachną wstęgą do zawiązywania, zaś la dzieci przywiózł pierników i organki,
nawet miał la kowalowej, bo cosik odłożył obwiniętego w papier, a nie zapomniał Witka ni
też o parobku.
Jaże krzyknęły z podziwu na coraz nowe cudności, oglądając je i przymierzając z taką
radością, że Hance łzy kapały po zrumienionej twarzy, a Józka za głowę chytała się w podziwie.
Rocho się uśmiechał zacierając ręce, Antek zaś jeno pogwizdywał.
- Zarobiliśta sobie na gościniec. Rocho powiadał, jak to wszyćko szło składnie w gospodarce.
Dajcie no spokój, nie la dziękowań przywiezłem - wołał broniąc się, bo rzuciły się go
ściskać i całować.
- Ani mi się kiej śniły takie cudności - szepnęła łzawo Hanka siadając przymierzać trzewiki.
- Ciasne ździebko, nogi mi nabrzmiały od bosaka, ale na zimę będą w sam raz.
Rocho jął się rozpytywać o wieś i różne sprawy, opowiadała jeno piąte przez dziesiąte
krzątając się tak pilnie kole jadła, że pokrótce zastawiła przed nimi ziemniaków szczodrze
omaszczonych tęgą michę i nie mniejszą barszczu, w którym kieby koło pływała kiełbasa.
Skwapnie się przypięli do śniadania.
- To mi dopiero jadło - pokrzykiwał wesoło - kiełbasa galancie czujna. Po tym to człowiek
poczuje jakąś wagę w żywocie. A to me paśli w tym kreminale, żeby ich wciorności.
- Dopieroś to się, chudziaku, namorzył głodem.
- Jakże, toć w końcu już nic jeść nie mogłem.
- Powiadali chłopy, jak tam żywią, że pono pies jeno z głodu chyciłby się takiego jadła,
prawda to?
- Juści, co prawda, ale najgorsze, że trza było siedzieć zawarty. Póki było zimno, to jeszcze,
ale skoro dogrzało słońce i zaleciało mi ziemią, to myślałem, co się już wścieknę. Pachniała
mi wola lepiej niźli ta kiełbasa. Jużem kraty próbował rwać, jeno co przeszkodziły.